Blog > Komentarze do wpisu
Until the end of the world
Byliśmy z M. na koncercie U2. Matko, co to był za koncert! Największy, na jakim byłam (70 tys. ludzi), najbardziej profesjonalnie przygotowany, na jakim byłam, najbardziej porywający publiczność, na jakim byłam. A jednak...
Kiedy U2 koncertowało w Polsce po raz pierwszy, nie wiem, w 1996 czy 1997 roku, miałam już kupiony bilet. Gdy okazało się jednak, że zespół nie zagra na Śląsku, tylko w Warszawie, moja siostra ze szwagrem zrezygnowali, powiedzieli, że to za daleko, że im się nie chce tam jechać samochodem. Nie miałam z kim jechać. Z bólem serca oddałam bilet... Pojechać na koncert U2 to było przez lata moje marzenie. Jednak z roku na rok mój zachwyt nad irlandzkim zespołem słabł. Jak dla mnie po "Achtung Baby" mogłoby nie być już nic, dwóch ostatnich płyt nie mam i jakoś mnie do nich nie ciągnie. Na koncercie, pomimo zachwytu nad całą oprawą imprezy, nad jakością tego "show" (bo inaczej tego się nie da określić), pomimo tego, że momentami dałam się ponieść muzyce, swoich emocji sprzed lat do końca wskrzesić nie byłam w stanie. Pewnie gdybym była na płycie, byłoby lepiej, ale... połowy piosenek nie kojarzyłam, bo nowe. Na szczęście zagrali sporo przebojów z "The Joshua Tree", bodajże dwa z "The War", było też "Pride" z "Unforgattable Fire", było "One" z "Achtung Baby", było kilka utworów z "All that you can't leave behind". Zabrakło mi "Stay" (tę piosenkę śpiewali na innych koncertach z tej trasy), zabrakło innych utwórów z "Achtung Baby", którą bardzo lubię, no ale nie można mieć wszystkiego, prawda?
Magicznie też było... Nie lubię narodowych zrywów, ale flaga biało-czerwona zrobiła wrażenie. I "droga mleczna" ze świecących w ciemności wyświetlaczy telefonów komórkowych publiczności. I fragment "Rock the Casbah" The Clash wpleciony w nie pamiętam już jaki utwór. I "sto lat" śpiewane dla The Edge... 
Bono się postarzał, już głos trochę inny ma, ale to wciąż ten sam irlandzki facet, który potrafi porwać publiczność, a przy okazji przekazać swoje prawdy o świecie.
Lubię wiele ich piosenek i zawsze pozostanie we mnie sentyment do tego zespołu. I jakiegoś rodzaju szacunek, bo jednak osiągnęli tak wiele. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam być 6 sierpnia w Chorzowie. Nie żałuję ani chwili z tego niesamowitego koncertu.
Wypadałoby coś tu wrzucić... Filmiki z chorzowskiego koncertu już są na YouTube. Ale ja o czymś innym jednak. Bo lubię jeszcze to U2 filmowe, lubię słuchać ich piosenek w filmach, np. u Wendersa. Świetnie brzmieli w jego "The Million Dollar Hotel". I niech tak będzie... The ground beneath her feet...

niedziela, 09 sierpnia 2009, tupelo

Polecane wpisy

  • Być jak...

    Ponieważ w ciągu roku zwykle klimaty na moim blogu raczej depresyjne są, na święta pozwalam sobie na humor. Wszystkim odwiedzającym to miejsce życzę radosnych Ś

  • Kiedyś to się działo...

    Niedługo kończy się tegoroczny Przegląd Piosenki Aktorskiej. Od kilku lat ta impreza jakoś mnie nie fascynuje i trudno mi znaleźć wśród propozycji organizatorów

  • Z sentymentu do lat 80-tych

    Coś mnie dziś natchnęło na lata 80-te. Była taka jedna francuska piosenka, absolutny hit epoki: "Voyage, voyage", którą śpiewała Claudie Fritsch-Mentr

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: mam kakuliny i natalki, *.warynski.net
2009/08/17 16:46:14
a ja nie byłam... zaspałam, a potem bilety już drogie były... choć w prezencie od żaby dostałam chwilę podsłuchu z koncertu... może miałabym podobne odczucia... bo w sumie często przychodzi mi się z Tobą zgadzać... na pewno jednak odgrzebało by to we mnie wiele wspomnień... i tak odkurzam ich płyty teraz ;)