czwartek, 28 lutego 2008
Macy razy dwa
Lubię, bo lubię. Nie wiem nawet, jak ten styl muzyki określić, wrzuciłam w google, mam: soul, R&B... Serio? No może... Kiedy myślę: Macy Gray, myślę też o innych: Erykah Badu, Ayo, Billie Holliday, Nina Simone.
Macy śpiewa w sposób bardzo charakterystyczny, ma chropowaty głos, ma coś, co nazwałabym powerem, ma dużo charyzmy. A do tego niesamowitą fryzurę i trójkę dzieci. Mam dwie jej płyty - za mało! Na YouTube wyszperałam dwa teledyski, oba są przesympatyczne.

1. Z płyty z 1999 roku, zatytułowanej "On how life is" - przebój "I try".



2. Z płyty "The Id" z 2001 roku - "Sweet Baby". W tym utworze w "backing vocals" występuje Erykah Badu, a na gitarze gra John Frusciante, znany z zespołu Red Hot Chili Peppers.



Miłego oglądania ;) I słuchania!
poniedziałek, 25 lutego 2008
Leśmian
Bolesław Leśmian tak naprawdę miał na nazwisko Lesman. A literacki-poetycki pseudonim wymyślił mu jego kuzyn - Jan Brzechwa. Bardzo pasuje do jego wierszy. Nie ma co się rozpisywać - Leśmian to jest klasyka. I znów - poeta innego świata, świata istot dziwnych, kalekich, brzydkich, ale pragnących miłości i czułości. Bardzo plastyczna ta jego poezja...

***
Wyszło z boru ślepawe, zjesieniałe zmrocze,

Spłodzone samo przez się w sennej bezzadumie.
Nieoswojone z niebem patrzy w podobłocze
I węszy świat, którego nie zna, nie rozumie.

Swym cielskiem kostropatym kąpie się w kałuży,
Co nęci, jak ożywczych jadow pełna misa,
Czołgliwymi mackami krew z kwiatów wysysa
I ciekliną swych mętow po ziemi się smuży.

Zwierzę, co trwać nie zdoła zbyt długo na świecie,
Bo wszystko wokół tchnieniem zatruwa i gasi,
Lecz gdy ty białą dłonią głaszczesz je po grzbiecie,
Ono, mrucząc, do stóp twych korzy się i łasi.

"Zjesieniałe zmrocze", "podobłocze", "cieklina"... mistrz neologizmów!
Niech będzie jeszcze rozkosz malinowego chruśniaka, który istniał naprawdę. I ja w takim byłam, ale w innym celu niż tych dwoje ;)

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym oka mgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie - oddałaś w skupieniu,
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.


piątek, 22 lutego 2008
Znów na niebiesko
Do mojej dziesiątki naj naj - filmów dorzucam "Le Grand Bleu" (Wielki Błękit) Luca Bessona z 1988 roku. Oglądałam go kilka razy, pierwszy raz w kinie - to było jakieś ogólnolicealne wyjście w czasie matur, siedziałam bodajże na schodach w kinie Atom i właściwie od pierwszych scen byłam jak zaczarowana. Myślę, że to najlepszy film Bessona, zaraz po nim będzie "Leon Zawodowiec".
Świetny jest Jean Reno jako Włoch Enzo - sybaryta w typie macho, tak naprawdę zdominowany przez mamuśkę, która gotuje świetne spaghetti w ilościach hurtowych. Świetny jest Jean-Marc Barr, czyli Jacques Mayol, człowiek nie z tego świata, duchem zdecydowanie delfin. To piękny film o rywalizacji, o przyjaźni, trochę mniej o miłości (Rosanna Arquette zresztą słabiutka). Jest smutny i wesoły zarazem, po mistrzowsku nakręcony, z cudną muzyką, z głębokim przesłaniem, ze smutnym, ale pięknym zakończeniem (swoją drogą w USA ten film miał zakończenie alternatywne - happy end oczywiście - jest okropne!).
Jednym słowem - arcydzieło. Rzadko u mnie takie superlatywy, ale przy tym filmie nie waham się ani trochę. Uwielbiam go.
I znów nie mogłam się zdecydować, który fragment wybrać. Jeden - dla muzyki. Drugi - dla błękitu.





środa, 20 lutego 2008
Reporter
Nie reporter, lecz Reporter. Być może trochę przereklamowany, bo przecież nie wszystkim musi się podobać jego pisarstwo, jego sposób na reportaż.
Dla mnie był kimś ważnym. I cieszę się, że mogłam go spotkać (i to nie raz), zobaczyć na żywo, zadać pytanie, uścisnąć jego dłoń, poprosić o wpis w książce - takie chwile to prawdziwe perełki wspomnień. Lubię w nim to, że potrafił się pochylić nad człowiekiem. Jego pokora i miłość bliźniego są godne naśladowania. I jeszcze ten błysk w oku, zdradzający umysł chłonny i żywy oraz nieustanną ciekawość świata.
Z ogromnym smutkiem, z niedowierzaniem, przyjęłam wiadomość o jego śmierci. To już ponad rok.


"Moja praca to powołanie, to misja. Nie poddałbym się (tym) niebezpieczeństwom, gdybym nie czuł, że jest to coś niezwykle ważnego, że dotyczy historii, nas samych - tak, że czułem się zmuszony przez to przejść. To więcej niż dziennikarstwo."
/Autoportret reportera, Wydawnictwo Znak, 2003, s. 20/
poniedziałek, 18 lutego 2008
Teardrop
Smęcić mi się chce dalej, tym razem w wersji "niezwykłe śpiewające kobiety". Słuchałam dzisiaj włoskiej stacji radiowej www.110.unito.it, gdzie akurat puszczali piękną pieśń, która jak dla mnie jest pieśnią ciszy. Jest to efekt współpracy zespołu Massive Attack ze słynną szkocką wokalistką Elizabeth Fraser (wcześniej przez długie, długie lata śpiewała w innym niezwykłym zespole - Cocteau Twins). Jak to zwykle z pięknymi piosenkami bywa, ma ona równie piękny teledysk (chociaż to kwestia gustu). Dzisiaj - do zasłuchania - Teardrop.


piątek, 15 lutego 2008
Trois couleurs. Bleu
Zupełnie o nim zapomniałam. Wrócił do mnie dziś wspomnieniami...
Kiedy oglądałam ten film po raz pierwszy, miałam może 15 lat. Odebrałam go bardzo emocjonalnie. Nie mogłam wręcz znieść sceny, kiedy Julie ogląda na ekranie telewizora pogrzeb bliskich, gładząc na szkle trumnę córeczki. Byłam wściekła razem z nią, kiedy odkryła, że mąż ją zdradzał. Scena, w której Julie powoli budzi się z szoku po śmierci męża i dziecka, kiedy wraca do niej muzyka - wzruszała do łez. Kiedy zrozpaczona zadaje sobie ból, ciągnąć zaciśniętą pięścią wzdłuż muru - bolało mnie to wręcz fizycznie. Kiedy powoli odkrywa na nowo smak życia - odkrywałam go i ja. Ten film świetnie pasuje do kinowej ciemności, wymaga skupienia, wewnętrznej ciszy - atmosfera na pewno nie do uzyskania w multipleksach. Na "Niebieskim" byłam chyba ze trzy razy, potem nagrałam na kasetę wideo i celebrowałam w domu. Generalnie lubię oglądać filmy z kimś jeszcze, ale ten jest do oglądania w samotności.
I jeszcze muzyka Zbigniewa Preisnera... Miałam kasetę z soundtrackiem. Została zjechana do granic możliwości.
Na pewno w pierwszej dziesiątce moich ulubionych filmów.
Szukałam ciekawego trailera na YouTube. Najciekawszy ma tę wadę, że nie ma głosu. Daję więc dwa - jeden dla obrazu, drugi głównie dla dźwięku...






Dla mnie to "Niebieski", nie "Czerwony", jest najepszym filmem trylogii Kieślowskiego. A "Białego" wręcz nie znoszę.
środa, 13 lutego 2008
Ciąg dalszy prerafaelitów - Rossetti
Nie mogłam ich zostawić bez komentarza, o nie. Należy im się.
Lubię malarstwo tej grupy, bo ich obrazy łączą realizm z symbolizmem, pokazują świat inny, w pewnym sensie magiczny, świat zawieszony gdzieś między nieokreślonym a namacalnym. Prerafaelitów fascynowało malarstwo średniowieczne i wczesnorenesansowe, zwłaszcza mistrzów włoskich, takich jak Giotto czy Fra Angelico - stąd też wzięła się ich nazwa - odnosili się bowiem do sztuk plastycznych poprzedzających twórczość Rafaela.
Czyli po trochę wszystkiego, co lubię: z jednej strony realizm w sposobie przedstawiania postaci, z drugiej, w warstwie znaczeniowej, nadrealizm, by nie rzec - fantastyka. I znów ta Tajemnica. To, co nieodgadnione, jest najbardziej pociągające.
Przypominają mi Blake'a, Malczewskiego, Wyspiańskiego, Mehoffera, Klimta... Wszystko, co najlepsze.
Przypomniał mi się jeszcze Dante Rossetti i jego obraz "Beata Beatrix". Lubię go bardziej od Ofelii.


1863. Ze zbiorów Tate Gallery w Londynie

Symboliczna kobiecość, Beatrycze jest niemal jak bóstwo, ale jej ekstaza nie ma nic wspólnego z uniesieniem religijnym. Biały mak na obrazie mówi o tym dokładnie - Beatrycze Rossettiego jest opiumistką. Czerwony ptak symbolizuje oczywiście śmierć. W ten sposób malarz uwiecznił na płótnie swoją żonę Elizabeth Siddal, modelkę, która niejednokrotnie inspirowała prerafaelitów. Lizzie wyszła za mąż za Rossettiego w 1860 r. Dwa lata po ślubie zmarła, przedawkowawszy narkotyki.
Jest jeszcze jeden obraz Rossettiego godny pokazania.


Zwiastowanie, 1850, Tate Gallery w Londynie


poniedziałek, 11 lutego 2008
Prerafaelici
Za mało czasu, za dużo zmęczenia, by napisać o nich więcej. Zostawiam ślad, by wrócić do niego...
Bardzo lubię ten obraz - Ofelia Sir Johna Everetta Millaisa, 1852
Ze zbiorów Tate Gallery w Londynie


piątek, 08 lutego 2008
Orlando (ale nie Bloom)
Orlando to film Sally Potter z 1992 roku, nakręcony na podstawie powieści Virginii Woolf. Kiedy go pierwszy raz oglądałam, nie wiedziałam, kto to Virginia Woolf. Zachwycił mnie dialogami przypominającymi wiersze, estetyką scenografii i niezwykłą historią chłopca, na którego królowa Elżbieta I nałożyła klątwę nieśmiertelności... Orlando żyje, ale zmienia się jego tożsamość - z mężczyzny staje się kobietą - silną i niezwykłą. Postać tę gra Tilda Swinton, ciekawa aktorka o androgynicznej urodzie. Bardzo lubiłam ten film. A teraz - gdzie go szukać pośród setek kaset wideo w moim domu?


wtorek, 05 lutego 2008
Avedon
Zdecydowałam się na klasykę fotografii. Richard Avedon to jeden z najbardziej znanych i cenionych fotografów XX wieku, a zdjęcie, które zamieściłam poniżej, jest chyba jego najsłynniejszym zdjęciem.
Avedon szczególnie zasłużył się dla fotografii mody, gdyż podniósł ją do rangi sztuki. Mówi o tym również poniższe zdjęcie, na którym widzimy jedną z najsłynniejszych modelek lat 50-tych XX wieku, Dovimę, pozującą w wieczorowej sukni Diora. Ta suknia była pierwszą wieczorową kreacją, jaką zaprojektował dla Diora Yves Saint-Laurent.
Jest w tym zdjęciu coś intrygującego... Dwa kolosy i delikatna, elegancka kobieta. One - ociężałe i gruboskórne, ona - smukła, lecz silna.



Richard Avedon, Dovima ze słoniami w sukni wieczorowej Diora, Cirque d'hiver, Paryż, sierpień 1955. Ze zbiorów The Victoria and Albert Museum w Londynie.
 
1 , 2