poniedziałek, 24 listopada 2008
Reality should be banned!
Podobno albo się go nienawidzi, albo się go uwielbia... To właśnie ten rodzaj generalizowania, którego nie lubię. Bo oto jestem przykładem na to, że można i jedno, i drugie... Jako miłośniczka kina nie potrafię być obojętna wobec obrazów Pedra Almodovara. Oglądanie jego filmów jest dla mnie jednak równoznaczne z pewnym napięciem i niepewnością (w sumie to dobrze, bo co to za film, który się ogląda ze spokojem przewidywalności) - i jako widz zawsze sobie zadaję pytanie: czy tym razem Almodovar mnie zachwyci, czy wprawi w obrzydzenie, czy uwiedzie mnie opowiadana przez niego historia, czy też zbyt łatwo przekroczy granice dobrego smaku i sprawi, że film będzie dla mnie przekreślony?... Tak jak bowiem nie lubię "Kiki" i "Drżącego ciała", tak uwielbiam "Kwiat mego sekretu", "Porozmawiaj z nią" i "Volver".
Lubię, jak, zupełnie świadomie, daję się Almodovarowi wciągnąć emocjonalnie w jego opowieści, by ukradkiem, w ciemności sali kinowej ronić łzy i zarazem złościć się na siebie, że tak łatwo dałam się uwieść. Lubię te jego kobiece bohaterki z krwi i kości - silne osobowości, doświadczone przez życie, samowystarczalne, które najpierw dają się mężczyznom poniewierać, a potem same mszczą się na nich. Krytycy piszą o tym do obrzydzenia, ale tak jest w rzeczywistości: w tych wszystkich filmach Almodovara, no może w "Złym wychowaniu" najmniej, widać fascynację kobiecością, widać wręcz tę zazdrość o to, że nie jest się kobietą - bo kobiecy świat u Almodovara jest soczysty, pełny emocji, prawdziwych uczuć i niezwykle ważnych spraw.
Lubię słyszeć oryginalną ścieżkę dźwiękową w jego filmach - z szeleszczącym hiszpańskim, doskonale oddającym przeżywane przez bohaterów emocje. Lubię muzykę w jego filmach, a także formę, w jakiej nam to wszystko opowiada - melodramatyczną, z lekka kiczowatą (ale oczywiście zupełnie zamierzoną) i po prostu kolorową.
"Kwiat mego sekretu" z 1995 roku to jeden z moich ulubionych filmów Almodovara, z doskonałymi rolami Marisy Paredes i Chus Lampreave (to ta charakterystyczna starsza pani, która wystąpiła w siedmiu filmach hiszpańskiego reżysera). To taki spokojny, wyciszony film, jak znalazł na jesienny wieczór. 


wtorek, 18 listopada 2008
Overpowered: nomen omen
Kiedy 6 czerwca tego roku pisałam, że chętnie bym się wybrała na koncert Roisin Murphy, nie przypuszczałam, iż może się to w ogóle kiedyś udać. Marzenia się czasem spełniają, bo dzięki najbliższej mi osobie pojechałam na jeden z ostatnich koncertów promujących płytę "Overpowered". Roisin niedługo zamyka bowiem trasę koncertową. Był to jej czwarty występ w tym roku w Polsce, a mimo to bilety rozeszły się bardzo szybko i trzeba było zmienić miejsce koncertu na większą od Klubu Stodoła Halę Ursynów. 
Nie powiem, że uwielbiam Roisin i że mam jej wszystkie płyty, bo wcale nie ;) ale uważam ją za piosenkarkę o wielkiej charyzmie i za ciekawą osobowość sceniczną. Nie wiem, czego się spodziewałam po koncercie, ale chyba nie tego, że będzie aż tak... widowiskowy. Roisin dała z siebie wszystko, dosłownie szalała na scenie - po prostu świetnie się bawiła. Doskonale było widać, jak łączy w sobie sprzeczności: jest subtelna i delikatna, a jednocześnie drapieżna i psychodeliczna. Sceniczne zwierzę, wulkan energii, pomysłowa, dziwna, zaskakująca... Jej muzyka na koncercie miała o wiele bardziej ostre, elektroniczne brzmienie niż na płytach. Taki był chociażby utwór "Overpowered" - czysta psychodelia. A z repertuaru Moloko warto wspomnieć choćby "I can't help myself", czyli taniec w objęciach dwóch wypchanych manekinów. I bonusowy cover "Slave to love", czyli ukłon w stronę Bryana Ferry'ego. Chapeaux bas!

Tu Roisin w bardzo łagodnej wersji z utworem "Primitive", na siłę szukałam czegoś z koncertu, ale amatorskie nagrania na YouTube są kiepskie w jakości.

 
niedziela, 02 listopada 2008
Dziś już więcej nie smęcę...
...bez komentarza puszczam, co następuje...