czwartek, 27 marca 2008
Le Soleil trompeur
Kiedy życie było łatwiejsze i nie bolało tak, jak potrafi boleć teraz, każdy film, spektakl teatralny, wizyta w galerii, koncert, książka - to była uczta. Potrafiłam sześć razy wracać do teatru na spektakl, który mi się podobał... Potrafiłam czekać na autograf, zostawiać bukiet róż, biec z wypiekami na twarzy na kolejny seans, na kolejny spektakl... Nie było tygodnia bez uczty. Magia ciemności w kinie, magia podnoszącej się kurtyny, pełne napięcia oczekiwanie, wybieranie książki w bibliotece... Ponieważ bardzo do tego wszystkiego tęsknię, a minione wydarzenia siedzą we mnie tak mocno, jak mocno je przeżywałam, notuję je tutaj, bo warto - będę miała do czego wracać...

Ten film to nawet nie pierwsza dziesiątka, a pierwsza trójka. Nie, żadne tam arcydzieło, po prostu piękny, mądry, ważny Film.

Spaleni słońcem... Utomlyonnye solntsem... Burnt by the sun... Le Soleil trompeur... Film Nikity Michałkowa z 1994 roku (w Polsce premierę miał dopiero dwa lata później!) to opowieść o bohaterze wojny domowej pułkowniku Kotowie, uważającego się za przyjaciela Stalina. Początek filmu jest po czechowsku sielski - jest słoneczne lato, Kotow odpoczywa wraz z rodziną w daczy, życie toczy się niespiesznie i beztrosko. Pojawienie się w posiadłości Kotowa Mitji - byłego kochanka żony pułkownika - zaburza całą harmonię, wprowadza napięcie i smutek. I nie chodzi tu tylko o życie uczuciowe, ale także polityczne. Tytułowe słońce to ideologia stalinizmu - oślepiająca i niszcząca, nie zważająca na jednostki, niwecząca szczęście. Krążąca kula, piorun ognisty, zwodnicze słońce.
Zastanowił mnie francuski tytuł filmu, ale widocznie "Brule par le soleil" za bardzo by się kojarzyło z opalenizną ;)
Jak zwykle u mnie - dwie próbki z obrazu, obie piękne... Chyba jutro oglądnę cały film...





środa, 26 marca 2008
Agnieszka Osiecka (1936-1997)
Szkoda, że Jej już nie ma, już ponad 10 lat...
Dama polskiej piosenki. Wielka Poetka.
Żyje w piosenkach. Pięknych piosenkach.




Jeszcze jedna z ostatnich piosenek Osieckiej, napisana na początku 1997 roku, niedługo przed śmiercią. Tekst jest świetny, więc ku pamięci notuję:

DEUX EX MACHINA
Daj mi Panie rozpoznanie, 
żebym wiedział co jest co, 
czy mam wszystko mówić mamie, 
czy zachować to i to. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
kim ja jestem, kim ach kim, 
czy mam zostać leśnym drwalem, 
czy z wojskami zdobyć Rzym. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
czy ja z dobrych, czy ze złych, 
czy to twoje jest rozdanie, 
czy mam karty w rękach swych. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
czy mam oddać się na złom, 
czy dostawszy tęgie lanie, 
jeszcze nie pchać się pod prąd. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
czy szaleństwo jest tuż, tuż, 
czy to tyś miał Panie w planie, 
żeby nie żałować róż. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
czy zaryczy ranny łoś, 
kiedy przyjdzie już konanie,
czy zapali światło ktoś. 

To i to, szyk i bzik, rapete, papete... pstryk.

sobota, 22 marca 2008
Raz... dwa... trzy...
Świątecznie całkiem już... Z najlepszymi życzeniami...


poniedziałek, 17 marca 2008
santa maria (del buen ayre)
To zatańczmy jeszcze jedno tango...

gotan project z płyty la revancha del tango
sobota, 15 marca 2008
Libertango frenetique
Po pierwsze pomyślałam o filmie - "Frantic" to jeden z moich ulubionych filmów Romana Polańskiego. W tej opowieści z 1988 roku o amerykańskim lekarzu prowadzącym na własną rękę śledztwo w sprawie zaginięcia żony jest coś niepokojącego, jest klimat jak z Hitchcocka, mój ukochany Paryż i motyw pięknej tajemniczej przewodniczki, powtórzony później w "Dziewiątych wrotach" tego samego reżysera. Oprócz "Frantica" lubię "Nóż w wodzie", "Chinatown", "Tess", "Dziecko Rosemary", "Śmierć i dziewczynę", "Pianistę"... właściwie to tylko za "Gorzkimi godami" nie przepadam. I chociaż Emmanuelle Seigner gra z wyraźną manierą, która czasami bywa wkurzająca, lubię tę scenę w podejrzanej restauracji, kiedy dr Walker i Michelle tańczą tango, a raczej to ona tańczy, a on walczy z budzącym się pożądaniem.



Po drugie pomyślałam, że właśnie od tej sceny chodzi za mną to "Libertango" Grace Jones, które czasami można znaleźć pod tytułem "Strange (I've seen that face before)". I właściwie notce tej należą się dwie kategorie - filmowa i niezwykłe śpiewające kobiety, bo chodzi tu przecież i o Grace Jones - modelkę, aktorkę, piosenkarkę o androgynicznej urodzie, osobę nad wyraz ekscentryczną. Jak dla mnie głosu to ona nie ma rewelacyjnego, ale osobą jest oryginalną i dlatego należy się chapeaux bas. Rozśmieszyła mnie za to informacja znaleziona w Wikipedii, iż Grace Jones jest "królową gejowskiego disco".
To dorzucam jeszcze tę dziwaczną Grace...

niedziela, 09 marca 2008
Lisbon story
"Lisbon story" Wima Wendersa z 1994 roku to jeden z filmów, do których chętnie wracam i jeden z tych, którym zawdzięczam długi łańcuszek kolejnych fascynacji. Nakręcony w 5 tygodni, z prostą fabułą, będącą właściwie tylko tłem dla zdjęć niezwykłego miasta, film Wendersa ma swoją magię, swoje smaczki, swój leniwy bieg. I subtelny humor.
Z tego filmu wzięłam sobie zainteresowanie Portugalią i muzyką fado i stąd kilka płyt zespołu Madredeus w moim domu. Nie słucham go często, bo głos Teresy Salgueiro, świdrujący, wysoki, przejrzysty - nie zawsze pasuje do mojego nastroju. To jest muzyka, dla której trzeba mieć serce i czas.

środa, 05 marca 2008
Mimo wszystko
Trochę dlatego, że niedawno dostała Fenomena od "Przekroju", a trochę z takiej prostej sympatii i uznania. Nie napiszę nic nowego o Kasi Nosowskiej, nic, czego inni by nie napisali - że nie ma w Polsce drugiej takiej "tekściary", że cały czas jest na uboczu, nie poddaje się żadnym modom, idzie pod prąd, pozostaje sobą, ma do siebie dystans i nie potrafi być gwiazdą.
Więcej nic. Mimo wszystko.


A wspomnieniowo to... W liceum najbardziej podobał nam się "Teksański", wydzieraliśmy się, śpiewając tę piosenkę przy akompaniamencie gitary pewnej Gośki. Nosowska ubezpiecza się w tym utworze: W moich słowach słoma czai się, nie znaczą nic. Jeśli szukasz sensu, prawdy w nich, zawiedziesz się. Ale tak naprawdę w jej piosenkach można znaleźć dużo sensu, oj dużo.
Dorzucam jeszcze [sic!], bo chodzi za mną.


poniedziałek, 03 marca 2008
Imogen Cunningham
Przyznam się: na fotografii nie znam się kompletnie, ale mnie fascynuje i to wystarczy, by chcieć się dowiedzieć więcej, zobaczyć więcej, poczuć więcej. Szukam czegoś, co mnie w jakiś sposób przyciągnie. I tak trafiłam na Imogen Cunningham, amerykańską kobietę-fotografa ("fotografka" jakoś mi nie pasuje...). Żyła w latach 1883-1974, pracowała do ostatnich lat życia - to się nazywa pasja! Fotografowała głównie obiekty botaniczne (!), przemysłowe i akty.
Na początku lat 20-tych XX wieku skupiała się głównie na fotografowaniu kwiatów, a szczególnie interesował ją kwiat magnolii. Nigdy dotąd nie sądziłam nawet, że to może być ciekawe, a jednak... Wiem, że oprócz pewnej magii, bez której prawdziwie dobre zdjęcie nie może się obejść, szczególnie ważna jest tu gra cieni - ale to również banał, bo foto-grafia to przecież malowanie światłem.


Imogen Cunningham, Magnolia Blossom, 1925
© The Imogen Cunningham Trust