piątek, 18 kwietnia 2008
Muzyka ciszy
Paula, dzięki za Craiga Armstronga...
Jak zwykle razy dwa...




poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Coś jest w tym... powietrzu
Odwaliłam kawał roboty, więc otwieram bloga z czystym sumieniem. Wzięło mnie dzisiaj na muzykę przyjemną, dla relaksu, chociaż tego typu elektronika może nie jest moim ulubionym stylem. Air... to francuska grupa założona w 1995 roku przez Nicolasa Godina i Jean-Benoît Dunckela. Właściwie mam tylko jedną ich płytę (Moon Safari z 1998 roku) i niezbyt często jej słucham, ale jak już słucham, to odlatuję w kosmos.
Dziwaczni są bardzo. Może nawet aż za bardzo. Ale czasami fajnie przenieść się z zupełnie inne miejsca. A z filmem mają tyle wspólnego, że skomponowali soundtrack do filmu Sofii Coppoli "Przekleństwa niewinności".
Wrzucam dwa teledyski - Sexy Boy i Kelly watch the stars. I zapraszam do... rakiety.


sobota, 12 kwietnia 2008
Skradzione piękno
Brak czasu na zbytnie rozpisywanie się. Niestety...
Stealing Beauty - film Bernarda Bertolucciego z 1996 roku to taki dziewczyński film i trafił się akurat w moim dziewczyńskim czasie, kiedy filmy odbierałam niemal każdym zmysłem. Co tu dużo mówić - podobał mi się bardzo. Świetny był w tym filmie Jeremy Irons i świetna Liv Tyler. Przyjemnością było zobaczyć na ekranie legendę kina Jeana Marais. To jego przewrotną kwestię z tego filmu zapamiętałam: Il n'y a pas d'amour. Il n'y a que preuves d'amour. (Nie ma miłości, są tylko jej dowody). Piękna w tym filmie była Toskania, przepiękne zdjęcia (Darius Khondji, urodzony w Teheranie operator filmowy znany ze współpracy z Jean-Pierre Jeunetem, autor zdjęć do "Delicatessen" i "Miasta zaginionych dzieci"), świetna muzyka (kasetę z soundtrackiem zajeździłam na śmierć) - a zwłaszcza Portishead i Nina Simone. A polski tytuł tego filmu (Ukryte pragnienia) zupełnie mi nie odpowiada, bo bardzo go spłyca.
No to jeszcze filmik i już ;)

wtorek, 08 kwietnia 2008
Kim był Jabez Hogg?
Dzisiaj nie wspominam, pozwalam się uwieść przypadkowi. Na chybił trafił wybrane nazwisko fotografa - Richard Beard - zawiodło mnie zupełnie gdzie indziej... Ale od początku.
Richard Beard był XIX-wiecznym przedsiębiorcą, którego fascynowała fotografia, a właściwie dagerotyp - zupełna nowinka pod koniec lat 30-tych XIX wieku. Jego fascynacja doprowadziła do otwarcia pierwszego w Anglii profesjonalnego studia fotograficznego w 1841 roku w Londynie. Mało tego, Beard zainwestował w licencję dagerotypu i stworzył sieć pracowni fotograficznych. On sam określał się mianem fotografa, jednak tak naprawdę był raczej mecenasem ówczesnej fotografii, dał możliwości innym artystom. Takim jak Jabez Hogg.
Jeśli wpisać Hogga w polskie google, nie znajdziemy nic, no prawie nic. Był artystą fotografem, mieszkał i pracował w Londynie, żył w latach 1817-1899. Jako fotograf zajmował się również eksperymentowaniem w sposobach reprodukcji dagerotypu na drewnianej powierzchni. Był nie tylko artystą, ale także... laryngologiem i chirurgiem. Napisał książkę o budowie i wykorzystaniu mikroskopu. Można go zobaczyć na takim zdjęciu...



Jabez Hogg fotografuje W.S. Johnstona w studiu fotograficznym Richarda Bearda, ok. 1842 r. Bokelberg Collection, Hamburg
Zdjęcie ma niesamowity klimat, zupełnie nierealny, jak ze starego kina. A sam Hogg ma świetną fryzurę ;)
sobota, 05 kwietnia 2008
A może tak Rilke...
Wracając do nurtu literackiego na moich blogowych wypocinach, przywołuję dziś Rainera Marię Rilkego. Jak to z fascynacjami bywa - powraca się do wytworów, ale nic się nie wie o ich twórcach, tak więc wyszperałam sobie, że:
- Rilke urodził się w 1875 roku w austrowęgierskiej wtedy Pradze, zmarł w 1926 roku w Szwajcarii
- był jedynakiem i miał niezbyt szczęśliwe dzieciństwo, gdyż jego ojciec chciał w nim realizować własne niespełnione ambicje wbrew woli syna, natomiast matka, bolejąc nad stratą pierwszego dziecka - dziewczynki - koniecznie chciała z Rainera dziewczynkę zrobić, ubierając go w sukienki i traktując go w sposób przedmiotowy jak żywą lalkę
- opuścił swoją żonę i córkę
- zmarł na białaczkę
Stwierdzam, że mam chyba jakieś upodobanie do literatury przełomu XIX i XX wieku, a zwłaszcza ówczesnych symbolistów i preegzystencjalistów. Rilke przypomina mi z jednej strony mojego ulubionego Leśmiana, a z drugiej - Arthura Rimbaud.

Nie czytam go zbyt często. Kiedyś dostałam w liście taki wiersz (a nie był to list miłosny):

***
Zgaś moje oczy: ja cię widzieć mogę,
zamknij mi uszy, a ja cię usłyszę,
nawet bez nóg znajdę do ciebie drogę,
i bez ust nawet zaklnę cię najciszej.
Ramiona odrąb mi, ja cię obejmę
sercem mym, które będzie twym ramieniem,
serce zatrzymaj, będzie tętnił mózg,
a jeśli w mózg mój rzucisz swe płomienie,
ja ciebie na krwi mojej będę niósł.

Innym razem z kolei spodobał mi się wiersz Rilkego śpiewany przez Ewę Demarczyk - udało mi się jej posłuchać kilka lat temu na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej:

Samotność

Samotność jest jak deszcz.
Z morza powstaje, aby spotkać zmierzch;
z równin niezmiernie szerokich, dalekich,
w rozległe niebo nieustannie wrasta.
Dopiero z nieba opada na miasta.

Mży nieuchwytnie w godzinach przedświtu,
kiedy ulice biegną witać ranek,
i kiedy ciała, nie znalazłszy nic,
od siebie odsuwają się rozczarowane;
i kiedy ludzie, co się nienawidzą,
spać muszą razem - bardziej jeszcze sami:

samotność płynie całymi rzekami.

Smutne - tak, smutne. Ten smutek gdzieś we mnie siedzi od dawna - dziwne mam upodobanie. Ale mimo to potrafię cieszyć się... życiem. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Bohater dzisiejszej notatki:


środa, 02 kwietnia 2008
Helen Folasade Adu
Helen Folasade Adu to po prostu Sade. Kiedy szukałam w sieci informacji o niej, ze zdziwieniem odkryłam, że ma już prawie 50 lat. Zupełnie nie wygląda na tyle. Oto jej zdjęcie sprzed siedmiu lat, koncert w Atlancie:


http://www.rickmcgrath.com/sade/index.html

Urodziła się w Nigerii z ojca Nigeryjczyka i matki Angielki.
Jej głos jest... niski (kontralt), głęboki, miękki i smutny. I ma to "coś", czego nigdy nie potrafię określić, a jest w tym jakiś rodzaj magii.
Lubię "każdą Sade", bo też i jej muzyka tak bardzo się nie zmienia wraz z upływem czasu. Od jej pierwszego przeboju, Smooth operator, po piękne ballady z Lovers Rock. Szkoda, że tak rzadko nagrywa. Szkoda, że mało koncertuje.
Jakiś czas temu przeszukując zasoby YouTube znalazłam teledysk do piosenki z 1992 roku, No Ordinary Love. To jeden z tych teledysków, które się zapamiętuje - a przynajmniej we mnie pozostał, mimo upływu lat. Miałam go gdzieś na kasecie wideo, nagranego z poranków MTV puszczanych w tv publicznej albo z czasów "WzROCKowej listy przebojów Marka Niedźwieckiego". Zapisałam sobie adres, ale teledysk już nie jest dostępny. Szkoda. Niech będzie za to King of Sorrow.