czwartek, 29 maja 2008
Kicz jako sztuka
Kto by się przyznał, że lubi coś, co trąci kiczem? A kicz zamierzony? Czy on też jest kiczem? Posługuje się nim wielu artystów, którzy wcale za kiczowatych nie uchodzą. O Almodovarze też kiedyś będzie, ale dziś na tapecie ktoś zupełnie inny. Baz Luhrmann.
Luhrmann jest Australijczykiem, a to już wiele mówi, bo kino australijskie specyficzne jest, zarówno pod względem poczucia humoru, jak i sposobu obrazowania i prowadzenia opowieści. Pisałam już kiedyś o jednym z moich ulubionych filmów Priscilli królowej pustyni. Filmy Luhrmanna są nieco podobne.
Jak czytam w Wikipedii, styl Luhrmanna jest rozpoznawany przede wszystkim dzięki "sceniczności", lub, by inaczej rzec, teatralności jego obrazów, jak również dzięki zbyt nasyconym kolorom. Jest autorem tzw. "trylogii czerwonej kurtyny", bowiem trzy pierwsze z jego filmów zaczynają się od odsłonięcia purpurowej kotary.

1. Pierwszy z nich to "Strictly Ballroom", czyli "Roztańczony buntownik" z 1992 roku. Historia tancerza, który chciał tańczyć po swojemu, wyzwolić się ze sztywnych reguł pokazowego tańca towarzyskiego, by wzbogacać występy konkursowe o własne kroki. Szczęśliwym trafem okoliczności spotyka dziewczynę, która pozwala mu urzeczywistnić marzenia. Film jest... na swój sposób ciekawy, ale jeszcze nie zapowiada dwóch późniejszych prawdziwie postmodernistycznych obrazów. Na festiwalu filmowym w Cannes "Strictly Ballroom" zbobył Nagrodę Młodzieży (Prix de Jeunesse).



2. Drugi to "Romeo + Juliett" z 1996 roku, prawdziwie nowoczesna adaptacja tragedii Szekspira. Obok di Caprio w roli Romea początkowo Julię miała zagrać Natalie Portman, która uczestniczyła nawet w pierwszych zdjęciach do filmu, okazała się jednak za młoda do tej roli i ekipa zmuszona była szukać na jej miejsce kogoś innego. W tej sposób rolę swojego życia zagrała Claire Danes. Bardzo lubię ścieżkę dźwiękową z tego filmu.



3. Trzeci - mój ulubieniec - "Moulin Rouge" z 2001 roku. Oparty na "Traviacie" Verdiego opowiada historię biednego poety Christiana, który, przybywszy do Paryża okresu Belle Epoque, zakochuje się w kurtyzanie i gwieździe kabaretu Satine. Opowieść sama w sobie jest płytka, ale film to prawdziwa bombonierka. Muzyka, barwy, humor, aktorstwo i przeróbki znanych przebojów (kicz to wszakże nawiązanie do tego, co już znamy - w ten sposób likwiduje napięcie). Nominowany w ośmiu kategoriach do Oskara, "Moulin Rouge" otrzymał dwa (m.in. za kostiumy). Ciekawostka - rolę Satine miała odegrać żona Kurta Cobaina, Courtney Love, ale w ostatniej chwili Luhrmann zdecydował, że nie pasuje do tej postaci. I dobrze zrobił ;) Mc Gregor zdecydowanie nie jest śpiewającym aktorem, ale tak go lubię, że mi to specjalnie nie przeszkadzało.



A już pod koniec tego roku w kinach nowy film Luhrmanna, "Australia".
piątek, 23 maja 2008
Coś a la Nick Cave
Kiedyś mój kuzyn, zatroskany o moją muzyczną edukację, przegrał mi na kasetę album Tindersticks. Nawet nie pamiętam tytułu tej płyty, bo kaseta dawno zawieruszyła się w którymś z przypływów manii porządkowania staroci. Tak mi się dzisiaj nagle przypomnieli... Nic o nich nie wiem i jakoś tym razem szukać nie mam zamiaru. Niech po prostu sobie grają, trochę jak Leonard Cohen, trochę jak Nick Cave. Leniwie i z pasją jednocześnie.
A teledysk... no cóż, czasami bardzo żałuję, że nie potrafię tańczyć.


niedziela, 18 maja 2008
(Przepyszny) Sok z żuka
Uwielbiam filmy Tima Burtona. No dobra, może "Planetę małp" najmniej, ale niemal całą resztę... mmmmm... To są takie filmy, które zachwycają głównie formą, a formę mają taką, że palce lizać. Myślę, że do Burtona wrócę tu sobie nie raz (o ile wytrwam w tej pisaninie), a dzisiaj wkleję dwa filmiki z pierwszego filmu Burtona, jaki w ogóle widziałam. "Beetlejuice" - bo o nim mowa - ma już 20 lat(!) To jeden z nielicznych filmów Burtona, w którym nie gra Johnny Depp, ale za to są tam inne gwiazdy: Alec Baldwin, Geena Davis, Winona Ryder i rewelacyjny Michael Keaton w tytułowej roli.
Opowiedziana przez Burtona historia to prawdziwa bajka dla dorosłych. Kiedy młode małżeństwo ginie w wypadku samochodowym, do ich domu sprowadzają się nowi właściciele. Jednak duchy poprzednich mieszkańców cały czas zamieszkują "swoją" willę. Nieboszczykom tak doskwierają nowi właściciele posesji, że w końcu, zdesperowani, sięgają po ostatnią deskę ratunku: bio-egzorcysta Betelgeuse ma wypędzić z ich domu zwariowaną rodzinę.

"Beetlejuice" otrzymał Oskara za charakteryzację. Przez ładnych kilka lat trwały prace nad drugą częścią tego filmu, której tytuł miał brzmieć "Beetlejuice na Hawajach", ale 3 lata temu Burton stwierdził, że ostatecznie przerywa prace nad projektem. Może to i dobrze. Ten film nie potrzebuje sequela.
Szkoda, że jest tak trudnodostępny na DVD, Warner Bros mogliby wydać go jeszcze raz z polską wersją językową. I w telewizji jakoś już dawno go nie było. Tym chętniej więc przypominam jeden z moich ulubionych filmów.

Do oglądnięcia: trailer i ostatnia scena z filmu (Shake shake shake Signiora).




piątek, 16 maja 2008
Słowo o obłokach
Miało być tak: zostawiam teledysk i zmykam. Już dawno chciałam pokazać "Cloudbusting" Kate Bush z udziałem Donalda Sutherlanda. Wpisałam sobie tytuł piosenki w google i się zaczęło...

But every time it rains,

You're here in my head,
Like the sun coming out--
Ooh, I just know that something good is going to happen.
And I don't know when,
But just saying it could even make it happen.

Bo "Cloudbusting" opowiada o prawdziwej historii i prawdziwych ludziach. To, co dla mnie było przyjemną historyjką o ojcu i synu i dziwnej maszynie w magiczny sposób działającej na chmury, okazało się prawdą. Postać grana przez Sutherlanda to Wilhelm Reich, austriacki psychiatra, seksuolog, naukowiec i wynalazca, współpracownik Zygmunta Freuda. Jego teorie, głównie dotyczące życiowej energii, którą nazwał orgonem, oraz sposobów wpływania na pogodę, były dosyć kontrowersyjne, podobnie jak jego wynalazek, "cloudbuster" (coś jak generator chmur chyba?). A propos, taki cloudbuster można zrobić samemu i na YouTube można znaleźć o tym filmy instruktażowe.
Klip opowiada o szczególnej relacji ojca i syna (Kate Bush gra go znakomicie), opisanej przez Petera Reicha w książce "Book of dreams". Pokazuje chwile z ostatnich lat życia niezwykłego wynalazcy, który w latach 40-tych XX wieku osiadł w USA, gdzie założył swoje laboratorium. W latach 50-tych oskarżono go o prowadzenie nielegalnych badań, a ponieważ mimo nałożonego zakazu ich kontynuacji, Reich wytrwale pracował, skazano go na 2 lata więzienia. Tam też zmarł na atak serca.
W Rangeley, w stanie Maine, w budynku laboratorium istnieje muzeum Wilhelma Reicha.

Piosenka Kate Bush "Cloudbusting" pochodzi z albumu "Hounds of love" z 1985 roku. Nie był to wielki przebój - najwyższa jego pozycja to 11 na holenderskiej liście przebojów. Bardzo lubię ten utwór, bo jest w nim taka pozytywna energia, a ja właśnie potrzebuję kopa. A oto i teledysk wyreżyserowany przez Juliana Doyle'a, z pomocą Terry'ego Gilliama. Na pewno w pierwszej dziesiątce moich ulubionych teledysków.


sobota, 10 maja 2008
Stowasser
W przebłyskach pamięci pojawił się w mojej głowie dzisiaj Wiedeń. Nie przepadałam za tym miastem-bombonierką, póki nie spędziłam tam kilku spokojnych dni poświęconych na wędrówki coraz dalsze od ścisłego centrum. I już chciałam pisać o Klimcie i wiedeńskiej secesji, gdy przypomniałam sobie pewnego świrusa, bo inaczej go nazwać nie można, człowieka z wizją i swoistą filozofią, który "popełnił" w swoim życiu kilka projektów niezwykłych budynków. Widziałam chyba z dwa albo trzy z nich. Moje pierwsze spotkanie z Hunderwasserem to postój przy autostradzie w Bad Fischau, gdzie znajduje się całkiem przyjemny budyneczek z restauracją, sklepem, łazienką itp. Na pierwszy rzut oka - kicz, bajka, antyarchitektura. Ale... takie przyjazne to-to, takie ekologiczne (bo drzewka zasadzone gdzieś na dachu), takie kolorowe i nudę szarości łamiące. Niby nic, a otwiera inne drzwi, daje inne spojrzenie na architekturę, na jej możliwości i na jej funkcjonalność.
Potem poczytałam sobie o Friedensreichu Hundertwasserze, który tak naprawdę nazywał się Stowasser. Wikipedia mówi o nim: "malarz, grafik, rzeźbiarz, performer, wybitny aktywista ochrony środowiska", ale to mało. To był filozof przestrzeni miejskiej i przestrzeni społecznej. "Król o pięciu skórach" - mówiono o nim, bowiem uważał, iż człowiek ma pięć otaczających go wartsw: skórę naturalną, ubranie, dom, środowisko społeczne i planetę. Hundertwasser był po pierwsze artystą malarzem, który nienawidził linii prostej. W jego pracach często widać biegnące w różne strony fale i kolorowe spirale.
Często występował publicznie, czasami zupełnie nago. Nosił bardzo oryginalne ubrania, nie prasował ich, sam robił swoje buty. Był indywidualistą i dziwakiem.
Nie wiem, jak to się stało, że radni miejscy w Wiedniu zgodzili się na realizację jego pomysłów architektonicznych, ale... efekt był niesamowity. Eklektyczna forma kamienicy na rogu Lowegasse przywołuje wiele skojarzeń. Po pierwsze: to "nowa" wiedeńska secesja, po drugie - świat jak z bajki, po trzecie - wpływy hiperformy baroku, po czwarte - modna ekologia. Tak właśnie zrealizował się postmodernizm w architekturze.
Nie mogę powiedzieć, że te budynki mnie zachwycają, że to mistrzostwo konstrukcji, ale na pewno zjawisko godne uwagi, nawet jeśli komuś wydaje się za bardzo kiczowate.


spiralny dom mieszkalny Waldspirale w Darmstadt (1998-2000), Niemcy
http://freefeeling7.myblog.de


Hundertwasser Haus Plochingen, Niemcy
http://www.ws.de


Hunderwasser Haus Wiedeń (1983-85)
http://www.mahku.nl

Ma coś z Gaudiego, ma coś z bajek, ma w sobie wybujałą wyobraźnię dziecka, którą odważył się przekuć w rzeczywistość.
czwartek, 08 maja 2008
Look my eyes are just holograms
Muzycznie dziś chciałam. Z czeluści czasu piękną piosenkę wygrzebałam. Czasami słyszę ją jeszcze gdzieś w radiu, a dzisiaj wrzuciałam sobie do odtwarzacza "The best of" Tanity Tikaram. Najlepsze płyty nagrywała w latach 1988-1995, ostatnia jej płyta pochodzi z 2005 roku, ale nawet jej nie słyszałam. Najchętniej powracam do tej "starej" Tanity. Ma bardzo oryginalny, niski głos, który ma tę właściwość, że najlepiej brzmi w smutnych piosenkach. Takie jest "Twist in my sobriety", z piękną linią melodyczną.


Teledysk był nakręcony w boliwijskiej wiosce. Był ponoć wiele razy nagradzany. A piosenka ma już 20 lat. Kto by pomyślał...
poniedziałek, 05 maja 2008
Co nas gryzie
Bardzo lubię filmy Lasse Hallstroma. Tak bardzo, że nie potrafię właściwie "załatwić" go jednym wpisem. Bo musiałyby być przynajmniej trzy - na trzy jego zupełnie wyjątkowe filmy. Jeden z nich to obraz z 1993 roku "Co gryzie Gilberta Grape'a". Obsada - jak dla mnie rewelacyjna, bo bardzo sobie cenię Johnny'ego Deppa, lubię Juliette Lewis, a Leonardo di Caprio stworzył tu jedną z najlepszych swoich ról (ten film warto obejrzeć chociażby dla tej jednej postaci). Dla mnie jest to opowieść o tym, jak zachować godność i pozostać dobrym pomimo niełatwego życia pełnego małych i większych dramatów. Opowieść o dorastaniu, o trudnej miłości do odpychającej swoją tuszą matki i upośledzonego brata. I o tym, że szczęście gdzieś tam nas dopada, nawet jeśli pozornie jest nam bardzo ciężko i źle. To smutny film, ale ma w sobie taką ogromną siłę...


czwartek, 01 maja 2008
Nieśmiały powrót
Ano wyciszyło się... trochę szkoda, bo wspomnienia warto pielęgnować. Nie mam czasu! Tak wiele spraw mnie rozprasza!
Dziś oglądałam strony autorskie fotoreporterów nagrodzonych w World Press Photo.

1. Francesco Zizola (http://www.zizola.com) poruszył mnie głównie czarno-białą, wyostrzoną, surową fotografią, większość obrazów z Afryki. Piękna jest w tej kolekcji seria kolorowych fotografii "Faces from Africa", ciekawe są reklamy wykorzystujące jego zdjęcia.

2. Finbarr O'Reilly (http://finbarroreilly.com) - cudne fotografie ma ten Kanadyjczyk, który fotografuje właściwie od niedawna, wcześniej był dziennikarzem piszącym. I tu również Afryka na I miejscu. Jego zdjęcia są realistyczne, czasami aż do bólu. Nie mogę się napatrzeć na fotografię, która została wybrana na zdjęcie roku w 2006 - ust Nigeryjki dotyka rączka dziecka, bardzo wychudzona rączka... Te zdjęcia mają boleć, tylko tak bowiem można coś zmienić, nakłonić innych do niesienia pomocy, do zwrócenia uwagi na problem. Sam O'Reilly, pytany dlaczego zamienił dziennikarstwo na fotoreporterkę, odpowiedział, że w ten sposób może uczynić więcej niż przez swoje artykuły. I miał rację.

3. Trzeci to Lucian Perkins, fotoreporter z "The Washington Post". (http://lucianperkins.com). Piękne, poruszające foty z Kabulu, Rosji, Kosowa, Afganistaniu, Iraku. Większość w cudnych kolorach.

Przeglądałam też zdjęcia, które zwyciężyły w World Press Photo - większość "zdjęć roku" pokazuje tragedie, ból, cierpienie. Jean-Marc Bouju wygrał zdjęciem, na którym pokazał, jak Irakijczyk, z ciemnym workiem (?) na głowie, tuli swojego synka w obozie dla jeńców wojennych w Nadżafie. Arko Datta wygrał dzięki fotografii pokazującej rozpacz kobiety, która straciła kogoś bliskiego podczas tsunami w Indonezji. Francesco Zizola wygrał fotografią z Angoli ilustrującą dramat dzieci okaleczonych przez miny piechotne... Za każdym razem zwycięża obraz czyjegoś cierpienia... Cierpienia ludzi uwikłanych w historię i różnego rodzaju okoliczności, tu i teraz. Myślę, że dla fotoreportera najgorsza jest bezsilność w danym momencie. Im nie wolno się angażować w sytuacje. Chociaż oglądając te najbardziej dramatyczne zdjęcia, mam wrażenie, że właśnie tak robią.

Pokazałabym coś, ale fotografie są chronione prawem autorskim i nie mogę. Ciekawym zdjęć proponuję wrzucić w google nazwiska: Zizola, O'Reilly,

Perkins, Bouju, Datta. Chociaż tyle. Jest co oglądać. I nad czym dumać.