czwartek, 24 lipca 2008
Yann Arthus-Bertrand
Jego zdjęcia zawsze poprawiają mi humor. Mają w sobie coś z baśni, pokazują świat odrealniony, kolorowy, ciekawy i prawdziwy jednocześnie. Jego portrety mieszkańców Francji, a także portrety zwierząt domowych wraz z ich właścicielami, mają coś z klimatu filmów Jeana-Pierre'a Jeuneta. Kiedy oglądam jego fotografie ziemi widzianej z nieba, czuję się, jakbym przez chwilę mogła oglądać ją tak, jak jej Stwórca, delektując się jej bezdyskusyjnym, chociaż tak kruchym pięknem. Nie będę pisać nic więcej, bo lepiej oglądać niż czytać. Na stronie Bertranda ciekawi znajdą całą kolekcję pięknych fotografii.
czwartek, 17 lipca 2008
Indochiny
Czasami marzę o dalekich podróżach... Jest tyle zakątków, które chciałabym kiedyś zobaczyć! Przejechać Stany Zjednoczone od jednego oceanu do drugiego... Zobaczyć Australię... Podróżować koleją transsyberyjską, dotrzeć do Mongolii, do Chin, do Tybetu... Poczuć zapach kwitnących wiśni w Japonii... Zobaczyć Andy... Islandię... Maroko... Etiopię... Ale chyba najbardziej ciągnie mnie Azja, a szczególnie jeden jej fragment. Indochiny. Była kolonia francuska, wyzwolona w wyniku wojny indochińskiej dopiero w połowie XX wieku (chociaż gdy się patrzy na późniejsze wydarzenia słowo "wyzwolony" nabiera gorzkiego posmaku), obejmująca państwa: Wietnam, Laos, Kambodża. Kambodża... kraj udręczony reżimem Czerwonych Khmerów, zbroczony krwią, szukający swojej tożsamości... Kraj piękny i smutny, doskonale pasujący do moich fascynacji w stylu fado. Chcę zobaczyć świątynię Angkoru, Pola Śmierci, zabytki Phnom Penh... Pomarzyć zawsze można ;)

Filmy, jakie kojarzą mi się z Indochinami - po pierwsze "Indochiny", obraz Regisa Wargniera z 1992 roku ze świetną rolą Catherine Deneuve (nota bene grał tam również Andrzej Seweryn). Opowiada o kryzysie relacji Francuzki Eliane i jej adoptowanej córki-Wietnamki na tle rozpadających się stosunków kolonialnych w tym regionie. I jeszcze o miłości, bo jakże mogłoby byc inaczej? "Indochiny" dostały Oskara za najlepszy film nieangielskojęzyczny. Zapamiętam go bardzo dobrze, a to za sprawą kina, w którym go widziałam. Kino nazywało się Klub Dziennikarza i miało bardziej formę kawiarni niż kina - siedziało się na krzesłach przy stolikach i oglądało się film na niewielkim ekranie. Niedługo potem tę ciekawą salę kinową zlikwidowano. A to było zupełnie co innego niż multipleksy... Prawdziwa magia kina!



Drugi film jest zupełnie inny. Nie lubię obrazów wojennych, ale ten jest wyjątkowy. "Pola śmierci" Rolanda Joffe z 1984 roku to film, który opowiada prawdziwą historię korespondenta "New York Times'a", wysłanego w 1972 roku do Kambodży w celu relacjonowania zamieszek między Czerwonymi Khmerami a wojskiem. Jego asystentem, przewodnikiem i przyjacielem zostaje mieszkaniec Kambodży, którego amerykańskiemu dziennikarzowi nie udaje się wyciągnąć z kraju opanowanego już przez reżim Czerwonych Khmerów. Dith Pran trafia do obozu, by potem z niego uciec, podróżując przez miejsce kaźni - Pola Śmierci... Muzykę do tego filmu napisał Mike Oldfield. Film nie jest przyjemny w oglądaniu, ale ze względu na temat, na aktorstwo, na wartości - warto!



I jeszcze link do pięknych zdjęć z Angkoru - ze strony fotografa Darka Lewandowskiego. Jak tam pogrzebać, znajdą się i inne cudne zdjęcia z Kambodży.

Ufff...
czwartek, 10 lipca 2008
Uniesie nas wiatr
Ech... wypadałoby się reaktywować... W końcu ile można hibernować, jak się jest uzależnionym od blogowania? Pomysłów na nowy wpis było wiele, ale żaden tak nie pasował do mojego nastroju, jak Noir Desir.
Rzadko zdarzało mi się kupić płytę dla jednej piosenki. Kiedyś wystarczyło nagrać pojedyncze piosenki z Listy Przebojów Trójki na kasetę i miało się składankę ulubionych utworów. Dziś można pojedyncze piosenki kupować przez internet w serwisach muzycznych, ale kilka lat temu, żeby mieć upragniony kawałek, trzeba było kupić cały album. No i kupiłam "Des visages, des figures" francuskiego zespołu rockowego Noir Desir dla jednej ballady "Le vent nous portera". Płyta dawała się słuchać w całości, ale właściwie reszty utworów mogło dla mnie nie być.
Jakiś czas potem okazało się, że Noir Desir przestało istnieć, a to za sprawą swojego wokalisty, charyzmatycznego Bertranda Cantata, który pobił ze skutkiem śmiertelnym swoją partnerkę, francuską aktorkę (i córkę lubianego we Francji aktora) Marie Trintignant. Cantat był pod wpływem alkoholu i narkotyków. Za nieumyślne zabójstwo dostał wyrok 8 lat pozbawienia wolności. Sprawa Cantata długo nie schodziła z pierwszych stron gazet, wywoływała wiele emocji. Nawet dziś czasami odżywa w internetowych dyskusjach. Pod koniec zeszłego roku, po odbyciu połowy kary, sąd przychylił się do prośby wokalisty o warunkowe zwolnienie i Cantat wyszedł na wolność. Ale i tak pewnie nagrywał z Noir Desir nie będzie...
To był w ogóle trochę dziwny zespół, buntowniczy, walczący, prześmiewczy, z ambicjami, podszyty antyglobalistyczną ideologią. Ich największy przebój to właśnie "Le vent nous portera" (uniesie/zabierze nas wiatr), zrealizowany we współpracy z Manu Chao. Teledysk jest smutny, ale piękny. Zapraszam.



Aniu, specjalnie dla Ciebie wersja z angielskim tekstem. Gdybym miała więcej czasu, przetłumaczyłabym na polski, ale nie mam jak, niestety :( W dużym uproszczeniu piosenka jest o przemijaniu...