niedziela, 21 września 2008
Na urodziny Nicka
Ten pan, który w poprzedniej notce tak smutno śpiewał, jutro (22 września) skończy 51 lat. It's hard to believe... ;) Nie jest łatwo mi o nim pisać, bo przez długi, długi czas była to moja muzyczna miłość - z czasów, kiedy jeszcze potrafiłam odbierać "produkty" kultury (książki, muzykę, sztuki plastyczne, teatr, kino...) całą sobą. Przyznaję się bez bicia, że należę do tych fanów, którzy poznali Cave'a i jego zespół The Bad Seeds dzięki jego najbardziej komercyjnej płycie, którą była "Murder Ballads". Ale to był tylko początek, bo szybko moja dyskografia wzbogaciła się o jego wcześniejsze płyty, od "From her to eternity" po "Let Love in". Nie byłam jednak w stanie strawić jego repertuaru sprzed Bad Seeds, czyli głównie "The Birthday Party". Cave stworzył w swoich piosenkach zupełnie inny świat - mroczny, soczysty, okrutny, ale pełen barw i emocji - i za to go ceniłam. Nie bez znaczenia była również jego współpraca z Wimem Wendersem, którego uwielbiam.
Pamiętam, jak kupno każdej jego płyty było dla mnie świętem, jak cieszyłam się z kasety wideo (!) z jego teledyskami, jak długo szukałam plakatu, by w prezencie urodzinowym od M. dostać ogromną odbitkę jego zdjęcia ("Co to za wymoczek?" - spytała moja mama, kiedy zdjęcie to, oprawione w ramę, zawisło w moim pokoju). Dzisiejszy Cave to dla mnie nie to samo... Najbardziej cenię albumy "Tender Prey" (1988), "The Good Son" (1990), "Let Love in" (1994), "Murder Ballads" (1996) i "The Boatman's Call" (1997). Z tej ostatniej pochodzi piosenka, która stała się treścią poprzedniego wpisu - "Into my arms". Tak bardzo do mnie przemawiała, że, razem z M., uczyniliśmy z niej utwór na nasz pierwszy taniec na weselu...
Dwa razy słuchałam Cave'a na żywo. Pierwszy raz na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej - kiedy był gościem spektaklu ułożonego z jego piosenek. To było niesamowite przeżycie... Drugi koncert grał w Hali Ludowej i nie było już w tym nic z tej magii, którą odnalazłam w pierwszym "spotkaniu".
Nie chcę się rozpisywać, bo mogłabym o nim pisać i pisać i pisać... Myślę, że jeszcze do tego tematu wrócę... nie raz? Kiedyś miałam w pracy koleżankę, która każde urodziny Cave'a świętowała w jakiś szczególny sposób. I ja kiedyś, razem z M., wybrałam się do knajpki, by wznieść toast za jego zdrowie. Taka wariatka byłam. A dziś, na urodziny Nicka... taki rodzynek. Żałosne trochę jest to wykonanie, ale... z drugiej strony jak pełne ironii.



Happy Birthday, Nick!