piątek, 24 października 2008
Patrz w serce...
Mam taki notes, gdzie przez lata nauki w liceum zapisywałam niemal wszystkie zdarzenia kulturalne, w których brałam udział, oczywiście jako odbiorca. Są tam tytuły filmów, sztuk teatralnych i wystaw, daty i miejsca, zero komentarzy. Zbiór jest może niezbyt imponujący, ale mój własny, przywołujący cień tamtych wzruszeń, wskrzeszający wspomnienia. Piękne wspomnienia.
Do teatru chodziłam wtedy namiętnie, przedkładając sztukę, której patronuje Melpomena, nad inne sztuki. Przy jednym tytule widnieje pięć dat: 09.12.94, 28.01.95, 11.02.95, 09.05.95 i 22.09.95. Na "Kasi z Heilbronnu" Heinricha von Kleista w reżyserii Jerzego Jarockiego byłam pięć razy... PIĘĆ!
Pierwsza z tych dat to była bodajże tzw. "druga premiera" tego spektaklu i zarazem inauguracja Sceny na Świebodzkim - zastępczej sceny podczas remontu głównego budynku teatru, który ucierpiał w pożarze. Scena na Świebodzkim to miejsce niezwykłe, magiczne, bowiem na teatr zaadaptowano pomieszczenia dawnego dworca kolejowego. "Kasia z Heilbronnu" zaczynała się sceną przyjazdu pociągu - prawdziwego pociągu, który był dobrze widoczny, wręcz namacalny - zza filarów dawnego wyjścia na peron. Scenę zaprojektowano w kształcie litery T, widownia została podzielona na dwa skupiska rzędów po dwóch stronach sceny. Takie miejsce daje nowe możliwości, inspiruje, ożywia... Tak było właśnie wtedy...
Sam spektakl w treści prawdziwie romantyczny. Heinrich von Kleist był bowiem pisarzem, poetą i dramaturgiem niemieckim epoki romantyzmu. Goethe, chyba z zazdrości i obawy przed "detronizacją", bardzo krytykował Kleista, m.in. właśnie za "Kasię..." A jest to sztuka przypominająca po prostu Mickiewiczowe "Miej serce i patrz w serce", które to przesłanie często staje się przewodnią ideą nastolatek o nieco pensjonarskich zapędach :D Hmmm... do dziś racjonalizm walczy we mnie z uczuciowością i ogólnie całą sferą emocji. Sam Kleist miał biografię iście romantyczną - kariera urzędnicza, (nie)szczęśliwa miłość i samobójstwo popełnione wraz ze swoją ukochaną, nieuleczalnie chorą Henriettą Vogel (ale nie z powodów "życiowych", tylko filozoficznych).
"Kasia..." to historia prostej dziewczyny, która zakochuje się w hrabim Fryderyku vom Strahl i od tej pory chodzi za nim jak cień. Ten początkowo odrzuca dziewczynę, traktując ją jako obłąkaną, nie rozumiejąc, że to właśnie ona może być przeznaczoną mu córką cesarza... Ot, taka historia miłosna w romantycznym wieńcu wydarzeń nadprzyrodzonych, które tylko serce jest w stanie zrozumieć (toż to jakiś oksymoron mi wyszedł!).
Mój "ulubiony" spektakl miał bardzo dobre recenzje i został uznany za jedno z najlepszych przedstawień w reżyserii Jerzego Jarockiego, wystawianych na scenie Teatru Polskiego. Role główne grali w nim Kinga Preis, dla której "Kasia..." stała się przepustką do ogólnopolskiej kariery (mnie jej interpretacja na kolana nie powaliła, aczkolwiek uważam, że poradziła sobie z nią bardzo przywoicie), oraz Mariusz Bonaszewski (gościnnie), który był poniekąd powodem moich powrotów do teatru, uwieńczonych upolowanym autografem.
W sieci nie ma zbyt wielu informacji o tym spektaklu, nie znalazłam też ani jednego zdjęcia z tej inscenizacji. W 1995 roku "Kasia..." została wyemitowana w Teatrze Telewizji, ale dużo straciła na ekranizacji. To już nie była ta sama magia - magia niezwykłego miejsca, które zaczarowało mnie przestrzenią, akustyką, zapachem i jeszcze czymś zupełnie niemożliwym do opisania.
Nieco później, mniej więcej w połowie studiów, teatr przestał mnie tak bardzo fascynować, przerzuciłam się na kino. Ostatnią sztuką, która wbiła mnie w fotel, byli chyba "Oczyszczeni" Sary Kane w reżyserii Warlikowskiego. Ale do teatralnych wzruszeń nierzadko bardzo, bardzo tęsknię.
czwartek, 09 października 2008
Nocny motyl
Tak się mnie czepiło i nie chce odpuścić. Nic a nic... To taka piosenka, która potrafi wrócić - po tygodniach, miesiącach, pewnie i po latach. Potrafię jej słuchać w kółko, po kilka-kilkanaście razy, jak mantrę, pozwalam się jej nieść w dalekie miejsca. I kiedy wczoraj znalazłam jej teledysk, byłam mile zaskoczona, bo bardzo mi do tej muzyki pasuje. 
Kiedy usłyszałam "All that is thirst" Pati Yang po raz pierwszy, byłam pewna, że śpiewa wokalistka zagraniczna. Wcześniej tylko obiła mi się o uszy - gdzieś w audycjach Kaczkowskiego czy Szydłowskiej, od tamtej chwili stała się prawdziwa - chociaż ulotna i krucha... jak ćma.


piątek, 03 października 2008
Nie do końca o Sylvii
Dopiero niedawno oglądnęłam film "Sylvia" w reżyserii Christine Jeffs z 2003 roku. Nie jest to bynajmniej film wybitny ani żaden z tych, które mogłabym ze szczerym serem polecić, jednak skłonił mnie do pewnych refleksji nad życiem i twórczością Sylvii Plath.
Nie przepadam może najbardziej za poezją konfesyjną, skłaniam się bardziej ku poetyckim obrazom w typie impresjonistycznym czy symbolicznym i z tego względu Plath nie jest raczej moją idolką. Tym niemniej jej twórczość może być ciekawa ze względu chociażby na stany psychiczne, które opisuje. Po oglądnięciu filmu zastanawiałam się, co mogą teraz robić jej dzieci, osierocone przez matkę we wczesnym dzieciństwie, wychowywane później przez ojca Teda Hughesa. W chwili śmierci matki Frieda miała 3 lata, Nicholas - około roku. 
Internet daje niesamowite możliwości wyszukania informacji w kilka sekund. I oto mam: Frieda jest poetką i malarką, autorką głównie książek dla dzieci. Literacko trudno mi ją ocenić, malarsko powiem tyle, że dosyć ciekawe. Nie mogłam natomiast znaleźć nic na temat Nicholasa, chociaż pierwsza strona, na jaką trafiłam, dała mi na krótko pewność, że to o niego chodzi. Jest bowiem taki fotograf, Nicholas Hughes, którego zdjęcia, jak dla mnie, bardzo pasują do twórczości Sylvii Plath. Jednak na jego stronie w CV widnieje data urodzenia: 1963, podczas gdy syn Plath i Hughesa urodził się rok wcześniej. Nie wiem, może to jednak chodzi o tego Nicholasa? Może ta zmyłka jest celowa? W każdym razie zerknijcie, proszę, na jego zdjęcia - mroczne i tajemnicze, pokazujące rozmaite faktury, obrazy płaszczyzn (np. powierzchni morza), rozchodzącego się światła, studia ostrości i głębi. A do tego kontemplacja kolorów i ich odcieni: szarości, ciemnej zieleni, granatu, bieli... Najlepiej oglądać je wieczorem, przy zgaszonym świetle.

Czy nie mają one czegoś z tych fragmentów wierszy Sylvii Plath?

"Teraz jestem
pianą pszenicy, rozbłyskiem mórz..."
/Ariel/

"Na bibularzu mgły drzewa
Wyglądają jak botaniczny rysunek..."
/Zimowe drzewa/

"Zimne światy trzęsą się od wiosłowania.
Duch czerni jest w nas, jest w rybach."
/Przekraczając wodę/

"Księżyc kładzie dłoń na mym czole,
Blady i niemy jak piastunka."
/Godziny nad ranem/


Tak... nadal smutno, bo jeszcze smęcenia mi trzeba.