czwartek, 08 stycznia 2009
Winter
Potrzebuję jeszcze jednego kopa na ten początek roku, bo jak na razie, to... kiepsko to wszystko widzę. Niechcica, lenistwo i bezsensowne mrzonki (nie mylić z mrożonkami, chociaż aura jest odpowiednia). Najchętniej to bym pod kołdrę wlazła i nie wyszła aż do wiosny.
No to jeszcze raz muzycznie będzie, potem filmowo, obiecuję...
To jest taka piosenka, przy której zawsze przechodzą mnie ciarki, obojętnie który raz jej słucham. I chociaz nie potrafię śpiewać, zawsze muszę sobie ją nucić pod nosem razem z Tori. Słowa piękne i w sam raz dla mnie - o tym, jak ważne jest to, by polubić siebie i w siebie uwierzyć. No to lecimy, bo czas goni.
Tori Amos, Winter (coś jakby sprzed 17 lat...)


piątek, 02 stycznia 2009
Coś optymistycznego na początek roku
A może właśnie będzie tak?


sobota, 27 grudnia 2008
Czytam i wracam
"...Tak jakbym pisał, a każda smuga wydobywająca się z długopisu na kartkę wypełniała ją pleśnią, a każda odłożona kartka, pokryta moim pismem, pękała, żółkła i zwijała się niczym stary liść. Ja zaś pisałbym coraz szybciej, tak aby katasftrofa i nieszczęście, postępujące tuż-tuż, mnie nie dosięgły.
(...)
...Tak jakby mosty zapadały się po moim przejściu.
...Tak jakby gwiazdy wybuchały po moim zaśnięciu.
...Tak jakby nasza pamięć była grobowcem.
...Tak jakby nasz umysł był rachitycznym dzwonem."
/Mircea Cartarescu, Ada-Kaleh, Ada-Kaleh, w: "Znikająca Europa", pod red. Kathariny Raabe i Moniki Sznajderman, Czarne, Wołowiec 2006/

Po "Fado" Stasiuka przyszła fascynacja miejscami, które powoli niszczy czas, pozwalając rozpuścić się w pamięci świadków. To taka nostalgia nie tyle za reliktami minionej epoki, ale za życiem, jakim te miejsca były kiedyś wypełnione. W mojej pamięci jest kilka takich starych kin, sklepów czy po prostu miejskich przestrzeni, które już dawno nie istnieją, a ich miejsce zajmują nowe - zwykle bardziej kolorowe, o innym przeznaczeniu. To nawet nie chodzi o żal za tym, co było, ale o sam proces przemijania, trwania w pamięci i nieuchronnego znikania.
Czytam "Znikającą Europę" chyba od kilku już miesięcy, ach tak, kupiłam ją przecież na dzień czy dwa dni "przed"..., 12 czy 13 sierpnia. Na lekturę tego zbioru esejów poświęconych miejscom i ludziom odchodzącym w niepamięć muszę mieć dobry, spokojny czas. Dawno takiego nie miałam. Ale nie przeszkadza mi specjalnie to, że ta książka snuje się leniwie w mojej czytelniczej świadomości. 
środa, 24 grudnia 2008
Święta z przymrużeniem oka
Dwa razy okiem dziś mrugnę do moich czytelników, którzy już pewnie zrezygnowali nawet ze sprawdzania, czy aby czegoś nowego tu nie zamieszczę, ale co tam. Na święta wpis musi być. Przez przypadek znalazłam w sieci jednego rodzynka i jedną rodzynkę i wklejam ją czym prędzej, może jeszcze zdążycie posłuchać...

The Pogues and Kirsty MacColl - "Fairytale of New York"



A druga piosenka w jakimś stopniu oddaje to, co pomimo świąt czuję... I feel numb... (Nie przepadam za albumem "Zooropa", ale ten utwór jest w porządku).


poniedziałek, 24 listopada 2008
Reality should be banned!
Podobno albo się go nienawidzi, albo się go uwielbia... To właśnie ten rodzaj generalizowania, którego nie lubię. Bo oto jestem przykładem na to, że można i jedno, i drugie... Jako miłośniczka kina nie potrafię być obojętna wobec obrazów Pedra Almodovara. Oglądanie jego filmów jest dla mnie jednak równoznaczne z pewnym napięciem i niepewnością (w sumie to dobrze, bo co to za film, który się ogląda ze spokojem przewidywalności) - i jako widz zawsze sobie zadaję pytanie: czy tym razem Almodovar mnie zachwyci, czy wprawi w obrzydzenie, czy uwiedzie mnie opowiadana przez niego historia, czy też zbyt łatwo przekroczy granice dobrego smaku i sprawi, że film będzie dla mnie przekreślony?... Tak jak bowiem nie lubię "Kiki" i "Drżącego ciała", tak uwielbiam "Kwiat mego sekretu", "Porozmawiaj z nią" i "Volver".
Lubię, jak, zupełnie świadomie, daję się Almodovarowi wciągnąć emocjonalnie w jego opowieści, by ukradkiem, w ciemności sali kinowej ronić łzy i zarazem złościć się na siebie, że tak łatwo dałam się uwieść. Lubię te jego kobiece bohaterki z krwi i kości - silne osobowości, doświadczone przez życie, samowystarczalne, które najpierw dają się mężczyznom poniewierać, a potem same mszczą się na nich. Krytycy piszą o tym do obrzydzenia, ale tak jest w rzeczywistości: w tych wszystkich filmach Almodovara, no może w "Złym wychowaniu" najmniej, widać fascynację kobiecością, widać wręcz tę zazdrość o to, że nie jest się kobietą - bo kobiecy świat u Almodovara jest soczysty, pełny emocji, prawdziwych uczuć i niezwykle ważnych spraw.
Lubię słyszeć oryginalną ścieżkę dźwiękową w jego filmach - z szeleszczącym hiszpańskim, doskonale oddającym przeżywane przez bohaterów emocje. Lubię muzykę w jego filmach, a także formę, w jakiej nam to wszystko opowiada - melodramatyczną, z lekka kiczowatą (ale oczywiście zupełnie zamierzoną) i po prostu kolorową.
"Kwiat mego sekretu" z 1995 roku to jeden z moich ulubionych filmów Almodovara, z doskonałymi rolami Marisy Paredes i Chus Lampreave (to ta charakterystyczna starsza pani, która wystąpiła w siedmiu filmach hiszpańskiego reżysera). To taki spokojny, wyciszony film, jak znalazł na jesienny wieczór. 


wtorek, 18 listopada 2008
Overpowered: nomen omen
Kiedy 6 czerwca tego roku pisałam, że chętnie bym się wybrała na koncert Roisin Murphy, nie przypuszczałam, iż może się to w ogóle kiedyś udać. Marzenia się czasem spełniają, bo dzięki najbliższej mi osobie pojechałam na jeden z ostatnich koncertów promujących płytę "Overpowered". Roisin niedługo zamyka bowiem trasę koncertową. Był to jej czwarty występ w tym roku w Polsce, a mimo to bilety rozeszły się bardzo szybko i trzeba było zmienić miejsce koncertu na większą od Klubu Stodoła Halę Ursynów. 
Nie powiem, że uwielbiam Roisin i że mam jej wszystkie płyty, bo wcale nie ;) ale uważam ją za piosenkarkę o wielkiej charyzmie i za ciekawą osobowość sceniczną. Nie wiem, czego się spodziewałam po koncercie, ale chyba nie tego, że będzie aż tak... widowiskowy. Roisin dała z siebie wszystko, dosłownie szalała na scenie - po prostu świetnie się bawiła. Doskonale było widać, jak łączy w sobie sprzeczności: jest subtelna i delikatna, a jednocześnie drapieżna i psychodeliczna. Sceniczne zwierzę, wulkan energii, pomysłowa, dziwna, zaskakująca... Jej muzyka na koncercie miała o wiele bardziej ostre, elektroniczne brzmienie niż na płytach. Taki był chociażby utwór "Overpowered" - czysta psychodelia. A z repertuaru Moloko warto wspomnieć choćby "I can't help myself", czyli taniec w objęciach dwóch wypchanych manekinów. I bonusowy cover "Slave to love", czyli ukłon w stronę Bryana Ferry'ego. Chapeaux bas!

Tu Roisin w bardzo łagodnej wersji z utworem "Primitive", na siłę szukałam czegoś z koncertu, ale amatorskie nagrania na YouTube są kiepskie w jakości.

 
niedziela, 02 listopada 2008
Dziś już więcej nie smęcę...
...bez komentarza puszczam, co następuje...


piątek, 24 października 2008
Patrz w serce...
Mam taki notes, gdzie przez lata nauki w liceum zapisywałam niemal wszystkie zdarzenia kulturalne, w których brałam udział, oczywiście jako odbiorca. Są tam tytuły filmów, sztuk teatralnych i wystaw, daty i miejsca, zero komentarzy. Zbiór jest może niezbyt imponujący, ale mój własny, przywołujący cień tamtych wzruszeń, wskrzeszający wspomnienia. Piękne wspomnienia.
Do teatru chodziłam wtedy namiętnie, przedkładając sztukę, której patronuje Melpomena, nad inne sztuki. Przy jednym tytule widnieje pięć dat: 09.12.94, 28.01.95, 11.02.95, 09.05.95 i 22.09.95. Na "Kasi z Heilbronnu" Heinricha von Kleista w reżyserii Jerzego Jarockiego byłam pięć razy... PIĘĆ!
Pierwsza z tych dat to była bodajże tzw. "druga premiera" tego spektaklu i zarazem inauguracja Sceny na Świebodzkim - zastępczej sceny podczas remontu głównego budynku teatru, który ucierpiał w pożarze. Scena na Świebodzkim to miejsce niezwykłe, magiczne, bowiem na teatr zaadaptowano pomieszczenia dawnego dworca kolejowego. "Kasia z Heilbronnu" zaczynała się sceną przyjazdu pociągu - prawdziwego pociągu, który był dobrze widoczny, wręcz namacalny - zza filarów dawnego wyjścia na peron. Scenę zaprojektowano w kształcie litery T, widownia została podzielona na dwa skupiska rzędów po dwóch stronach sceny. Takie miejsce daje nowe możliwości, inspiruje, ożywia... Tak było właśnie wtedy...
Sam spektakl w treści prawdziwie romantyczny. Heinrich von Kleist był bowiem pisarzem, poetą i dramaturgiem niemieckim epoki romantyzmu. Goethe, chyba z zazdrości i obawy przed "detronizacją", bardzo krytykował Kleista, m.in. właśnie za "Kasię..." A jest to sztuka przypominająca po prostu Mickiewiczowe "Miej serce i patrz w serce", które to przesłanie często staje się przewodnią ideą nastolatek o nieco pensjonarskich zapędach :D Hmmm... do dziś racjonalizm walczy we mnie z uczuciowością i ogólnie całą sferą emocji. Sam Kleist miał biografię iście romantyczną - kariera urzędnicza, (nie)szczęśliwa miłość i samobójstwo popełnione wraz ze swoją ukochaną, nieuleczalnie chorą Henriettą Vogel (ale nie z powodów "życiowych", tylko filozoficznych).
"Kasia..." to historia prostej dziewczyny, która zakochuje się w hrabim Fryderyku vom Strahl i od tej pory chodzi za nim jak cień. Ten początkowo odrzuca dziewczynę, traktując ją jako obłąkaną, nie rozumiejąc, że to właśnie ona może być przeznaczoną mu córką cesarza... Ot, taka historia miłosna w romantycznym wieńcu wydarzeń nadprzyrodzonych, które tylko serce jest w stanie zrozumieć (toż to jakiś oksymoron mi wyszedł!).
Mój "ulubiony" spektakl miał bardzo dobre recenzje i został uznany za jedno z najlepszych przedstawień w reżyserii Jerzego Jarockiego, wystawianych na scenie Teatru Polskiego. Role główne grali w nim Kinga Preis, dla której "Kasia..." stała się przepustką do ogólnopolskiej kariery (mnie jej interpretacja na kolana nie powaliła, aczkolwiek uważam, że poradziła sobie z nią bardzo przywoicie), oraz Mariusz Bonaszewski (gościnnie), który był poniekąd powodem moich powrotów do teatru, uwieńczonych upolowanym autografem.
W sieci nie ma zbyt wielu informacji o tym spektaklu, nie znalazłam też ani jednego zdjęcia z tej inscenizacji. W 1995 roku "Kasia..." została wyemitowana w Teatrze Telewizji, ale dużo straciła na ekranizacji. To już nie była ta sama magia - magia niezwykłego miejsca, które zaczarowało mnie przestrzenią, akustyką, zapachem i jeszcze czymś zupełnie niemożliwym do opisania.
Nieco później, mniej więcej w połowie studiów, teatr przestał mnie tak bardzo fascynować, przerzuciłam się na kino. Ostatnią sztuką, która wbiła mnie w fotel, byli chyba "Oczyszczeni" Sary Kane w reżyserii Warlikowskiego. Ale do teatralnych wzruszeń nierzadko bardzo, bardzo tęsknię.
czwartek, 09 października 2008
Nocny motyl
Tak się mnie czepiło i nie chce odpuścić. Nic a nic... To taka piosenka, która potrafi wrócić - po tygodniach, miesiącach, pewnie i po latach. Potrafię jej słuchać w kółko, po kilka-kilkanaście razy, jak mantrę, pozwalam się jej nieść w dalekie miejsca. I kiedy wczoraj znalazłam jej teledysk, byłam mile zaskoczona, bo bardzo mi do tej muzyki pasuje. 
Kiedy usłyszałam "All that is thirst" Pati Yang po raz pierwszy, byłam pewna, że śpiewa wokalistka zagraniczna. Wcześniej tylko obiła mi się o uszy - gdzieś w audycjach Kaczkowskiego czy Szydłowskiej, od tamtej chwili stała się prawdziwa - chociaż ulotna i krucha... jak ćma.


piątek, 03 października 2008
Nie do końca o Sylvii
Dopiero niedawno oglądnęłam film "Sylvia" w reżyserii Christine Jeffs z 2003 roku. Nie jest to bynajmniej film wybitny ani żaden z tych, które mogłabym ze szczerym serem polecić, jednak skłonił mnie do pewnych refleksji nad życiem i twórczością Sylvii Plath.
Nie przepadam może najbardziej za poezją konfesyjną, skłaniam się bardziej ku poetyckim obrazom w typie impresjonistycznym czy symbolicznym i z tego względu Plath nie jest raczej moją idolką. Tym niemniej jej twórczość może być ciekawa ze względu chociażby na stany psychiczne, które opisuje. Po oglądnięciu filmu zastanawiałam się, co mogą teraz robić jej dzieci, osierocone przez matkę we wczesnym dzieciństwie, wychowywane później przez ojca Teda Hughesa. W chwili śmierci matki Frieda miała 3 lata, Nicholas - około roku. 
Internet daje niesamowite możliwości wyszukania informacji w kilka sekund. I oto mam: Frieda jest poetką i malarką, autorką głównie książek dla dzieci. Literacko trudno mi ją ocenić, malarsko powiem tyle, że dosyć ciekawe. Nie mogłam natomiast znaleźć nic na temat Nicholasa, chociaż pierwsza strona, na jaką trafiłam, dała mi na krótko pewność, że to o niego chodzi. Jest bowiem taki fotograf, Nicholas Hughes, którego zdjęcia, jak dla mnie, bardzo pasują do twórczości Sylvii Plath. Jednak na jego stronie w CV widnieje data urodzenia: 1963, podczas gdy syn Plath i Hughesa urodził się rok wcześniej. Nie wiem, może to jednak chodzi o tego Nicholasa? Może ta zmyłka jest celowa? W każdym razie zerknijcie, proszę, na jego zdjęcia - mroczne i tajemnicze, pokazujące rozmaite faktury, obrazy płaszczyzn (np. powierzchni morza), rozchodzącego się światła, studia ostrości i głębi. A do tego kontemplacja kolorów i ich odcieni: szarości, ciemnej zieleni, granatu, bieli... Najlepiej oglądać je wieczorem, przy zgaszonym świetle.

Czy nie mają one czegoś z tych fragmentów wierszy Sylvii Plath?

"Teraz jestem
pianą pszenicy, rozbłyskiem mórz..."
/Ariel/

"Na bibularzu mgły drzewa
Wyglądają jak botaniczny rysunek..."
/Zimowe drzewa/

"Zimne światy trzęsą się od wiosłowania.
Duch czerni jest w nas, jest w rybach."
/Przekraczając wodę/

"Księżyc kładzie dłoń na mym czole,
Blady i niemy jak piastunka."
/Godziny nad ranem/


Tak... nadal smutno, bo jeszcze smęcenia mi trzeba.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10