sobota, 12 kwietnia 2008
Skradzione piękno
Brak czasu na zbytnie rozpisywanie się. Niestety...
Stealing Beauty - film Bernarda Bertolucciego z 1996 roku to taki dziewczyński film i trafił się akurat w moim dziewczyńskim czasie, kiedy filmy odbierałam niemal każdym zmysłem. Co tu dużo mówić - podobał mi się bardzo. Świetny był w tym filmie Jeremy Irons i świetna Liv Tyler. Przyjemnością było zobaczyć na ekranie legendę kina Jeana Marais. To jego przewrotną kwestię z tego filmu zapamiętałam: Il n'y a pas d'amour. Il n'y a que preuves d'amour. (Nie ma miłości, są tylko jej dowody). Piękna w tym filmie była Toskania, przepiękne zdjęcia (Darius Khondji, urodzony w Teheranie operator filmowy znany ze współpracy z Jean-Pierre Jeunetem, autor zdjęć do "Delicatessen" i "Miasta zaginionych dzieci"), świetna muzyka (kasetę z soundtrackiem zajeździłam na śmierć) - a zwłaszcza Portishead i Nina Simone. A polski tytuł tego filmu (Ukryte pragnienia) zupełnie mi nie odpowiada, bo bardzo go spłyca.
No to jeszcze filmik i już ;)

wtorek, 08 kwietnia 2008
Kim był Jabez Hogg?
Dzisiaj nie wspominam, pozwalam się uwieść przypadkowi. Na chybił trafił wybrane nazwisko fotografa - Richard Beard - zawiodło mnie zupełnie gdzie indziej... Ale od początku.
Richard Beard był XIX-wiecznym przedsiębiorcą, którego fascynowała fotografia, a właściwie dagerotyp - zupełna nowinka pod koniec lat 30-tych XIX wieku. Jego fascynacja doprowadziła do otwarcia pierwszego w Anglii profesjonalnego studia fotograficznego w 1841 roku w Londynie. Mało tego, Beard zainwestował w licencję dagerotypu i stworzył sieć pracowni fotograficznych. On sam określał się mianem fotografa, jednak tak naprawdę był raczej mecenasem ówczesnej fotografii, dał możliwości innym artystom. Takim jak Jabez Hogg.
Jeśli wpisać Hogga w polskie google, nie znajdziemy nic, no prawie nic. Był artystą fotografem, mieszkał i pracował w Londynie, żył w latach 1817-1899. Jako fotograf zajmował się również eksperymentowaniem w sposobach reprodukcji dagerotypu na drewnianej powierzchni. Był nie tylko artystą, ale także... laryngologiem i chirurgiem. Napisał książkę o budowie i wykorzystaniu mikroskopu. Można go zobaczyć na takim zdjęciu...



Jabez Hogg fotografuje W.S. Johnstona w studiu fotograficznym Richarda Bearda, ok. 1842 r. Bokelberg Collection, Hamburg
Zdjęcie ma niesamowity klimat, zupełnie nierealny, jak ze starego kina. A sam Hogg ma świetną fryzurę ;)
sobota, 05 kwietnia 2008
A może tak Rilke...
Wracając do nurtu literackiego na moich blogowych wypocinach, przywołuję dziś Rainera Marię Rilkego. Jak to z fascynacjami bywa - powraca się do wytworów, ale nic się nie wie o ich twórcach, tak więc wyszperałam sobie, że:
- Rilke urodził się w 1875 roku w austrowęgierskiej wtedy Pradze, zmarł w 1926 roku w Szwajcarii
- był jedynakiem i miał niezbyt szczęśliwe dzieciństwo, gdyż jego ojciec chciał w nim realizować własne niespełnione ambicje wbrew woli syna, natomiast matka, bolejąc nad stratą pierwszego dziecka - dziewczynki - koniecznie chciała z Rainera dziewczynkę zrobić, ubierając go w sukienki i traktując go w sposób przedmiotowy jak żywą lalkę
- opuścił swoją żonę i córkę
- zmarł na białaczkę
Stwierdzam, że mam chyba jakieś upodobanie do literatury przełomu XIX i XX wieku, a zwłaszcza ówczesnych symbolistów i preegzystencjalistów. Rilke przypomina mi z jednej strony mojego ulubionego Leśmiana, a z drugiej - Arthura Rimbaud.

Nie czytam go zbyt często. Kiedyś dostałam w liście taki wiersz (a nie był to list miłosny):

***
Zgaś moje oczy: ja cię widzieć mogę,
zamknij mi uszy, a ja cię usłyszę,
nawet bez nóg znajdę do ciebie drogę,
i bez ust nawet zaklnę cię najciszej.
Ramiona odrąb mi, ja cię obejmę
sercem mym, które będzie twym ramieniem,
serce zatrzymaj, będzie tętnił mózg,
a jeśli w mózg mój rzucisz swe płomienie,
ja ciebie na krwi mojej będę niósł.

Innym razem z kolei spodobał mi się wiersz Rilkego śpiewany przez Ewę Demarczyk - udało mi się jej posłuchać kilka lat temu na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej:

Samotność

Samotność jest jak deszcz.
Z morza powstaje, aby spotkać zmierzch;
z równin niezmiernie szerokich, dalekich,
w rozległe niebo nieustannie wrasta.
Dopiero z nieba opada na miasta.

Mży nieuchwytnie w godzinach przedświtu,
kiedy ulice biegną witać ranek,
i kiedy ciała, nie znalazłszy nic,
od siebie odsuwają się rozczarowane;
i kiedy ludzie, co się nienawidzą,
spać muszą razem - bardziej jeszcze sami:

samotność płynie całymi rzekami.

Smutne - tak, smutne. Ten smutek gdzieś we mnie siedzi od dawna - dziwne mam upodobanie. Ale mimo to potrafię cieszyć się... życiem. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Bohater dzisiejszej notatki:


środa, 02 kwietnia 2008
Helen Folasade Adu
Helen Folasade Adu to po prostu Sade. Kiedy szukałam w sieci informacji o niej, ze zdziwieniem odkryłam, że ma już prawie 50 lat. Zupełnie nie wygląda na tyle. Oto jej zdjęcie sprzed siedmiu lat, koncert w Atlancie:


http://www.rickmcgrath.com/sade/index.html

Urodziła się w Nigerii z ojca Nigeryjczyka i matki Angielki.
Jej głos jest... niski (kontralt), głęboki, miękki i smutny. I ma to "coś", czego nigdy nie potrafię określić, a jest w tym jakiś rodzaj magii.
Lubię "każdą Sade", bo też i jej muzyka tak bardzo się nie zmienia wraz z upływem czasu. Od jej pierwszego przeboju, Smooth operator, po piękne ballady z Lovers Rock. Szkoda, że tak rzadko nagrywa. Szkoda, że mało koncertuje.
Jakiś czas temu przeszukując zasoby YouTube znalazłam teledysk do piosenki z 1992 roku, No Ordinary Love. To jeden z tych teledysków, które się zapamiętuje - a przynajmniej we mnie pozostał, mimo upływu lat. Miałam go gdzieś na kasecie wideo, nagranego z poranków MTV puszczanych w tv publicznej albo z czasów "WzROCKowej listy przebojów Marka Niedźwieckiego". Zapisałam sobie adres, ale teledysk już nie jest dostępny. Szkoda. Niech będzie za to King of Sorrow.


czwartek, 27 marca 2008
Le Soleil trompeur
Kiedy życie było łatwiejsze i nie bolało tak, jak potrafi boleć teraz, każdy film, spektakl teatralny, wizyta w galerii, koncert, książka - to była uczta. Potrafiłam sześć razy wracać do teatru na spektakl, który mi się podobał... Potrafiłam czekać na autograf, zostawiać bukiet róż, biec z wypiekami na twarzy na kolejny seans, na kolejny spektakl... Nie było tygodnia bez uczty. Magia ciemności w kinie, magia podnoszącej się kurtyny, pełne napięcia oczekiwanie, wybieranie książki w bibliotece... Ponieważ bardzo do tego wszystkiego tęsknię, a minione wydarzenia siedzą we mnie tak mocno, jak mocno je przeżywałam, notuję je tutaj, bo warto - będę miała do czego wracać...

Ten film to nawet nie pierwsza dziesiątka, a pierwsza trójka. Nie, żadne tam arcydzieło, po prostu piękny, mądry, ważny Film.

Spaleni słońcem... Utomlyonnye solntsem... Burnt by the sun... Le Soleil trompeur... Film Nikity Michałkowa z 1994 roku (w Polsce premierę miał dopiero dwa lata później!) to opowieść o bohaterze wojny domowej pułkowniku Kotowie, uważającego się za przyjaciela Stalina. Początek filmu jest po czechowsku sielski - jest słoneczne lato, Kotow odpoczywa wraz z rodziną w daczy, życie toczy się niespiesznie i beztrosko. Pojawienie się w posiadłości Kotowa Mitji - byłego kochanka żony pułkownika - zaburza całą harmonię, wprowadza napięcie i smutek. I nie chodzi tu tylko o życie uczuciowe, ale także polityczne. Tytułowe słońce to ideologia stalinizmu - oślepiająca i niszcząca, nie zważająca na jednostki, niwecząca szczęście. Krążąca kula, piorun ognisty, zwodnicze słońce.
Zastanowił mnie francuski tytuł filmu, ale widocznie "Brule par le soleil" za bardzo by się kojarzyło z opalenizną ;)
Jak zwykle u mnie - dwie próbki z obrazu, obie piękne... Chyba jutro oglądnę cały film...





środa, 26 marca 2008
Agnieszka Osiecka (1936-1997)
Szkoda, że Jej już nie ma, już ponad 10 lat...
Dama polskiej piosenki. Wielka Poetka.
Żyje w piosenkach. Pięknych piosenkach.




Jeszcze jedna z ostatnich piosenek Osieckiej, napisana na początku 1997 roku, niedługo przed śmiercią. Tekst jest świetny, więc ku pamięci notuję:

DEUX EX MACHINA
Daj mi Panie rozpoznanie, 
żebym wiedział co jest co, 
czy mam wszystko mówić mamie, 
czy zachować to i to. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
kim ja jestem, kim ach kim, 
czy mam zostać leśnym drwalem, 
czy z wojskami zdobyć Rzym. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
czy ja z dobrych, czy ze złych, 
czy to twoje jest rozdanie, 
czy mam karty w rękach swych. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
czy mam oddać się na złom, 
czy dostawszy tęgie lanie, 
jeszcze nie pchać się pod prąd. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
czy szaleństwo jest tuż, tuż, 
czy to tyś miał Panie w planie, 
żeby nie żałować róż. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
czy zaryczy ranny łoś, 
kiedy przyjdzie już konanie,
czy zapali światło ktoś. 

To i to, szyk i bzik, rapete, papete... pstryk.

sobota, 22 marca 2008
Raz... dwa... trzy...
Świątecznie całkiem już... Z najlepszymi życzeniami...


poniedziałek, 17 marca 2008
santa maria (del buen ayre)
To zatańczmy jeszcze jedno tango...

gotan project z płyty la revancha del tango
sobota, 15 marca 2008
Libertango frenetique
Po pierwsze pomyślałam o filmie - "Frantic" to jeden z moich ulubionych filmów Romana Polańskiego. W tej opowieści z 1988 roku o amerykańskim lekarzu prowadzącym na własną rękę śledztwo w sprawie zaginięcia żony jest coś niepokojącego, jest klimat jak z Hitchcocka, mój ukochany Paryż i motyw pięknej tajemniczej przewodniczki, powtórzony później w "Dziewiątych wrotach" tego samego reżysera. Oprócz "Frantica" lubię "Nóż w wodzie", "Chinatown", "Tess", "Dziecko Rosemary", "Śmierć i dziewczynę", "Pianistę"... właściwie to tylko za "Gorzkimi godami" nie przepadam. I chociaż Emmanuelle Seigner gra z wyraźną manierą, która czasami bywa wkurzająca, lubię tę scenę w podejrzanej restauracji, kiedy dr Walker i Michelle tańczą tango, a raczej to ona tańczy, a on walczy z budzącym się pożądaniem.



Po drugie pomyślałam, że właśnie od tej sceny chodzi za mną to "Libertango" Grace Jones, które czasami można znaleźć pod tytułem "Strange (I've seen that face before)". I właściwie notce tej należą się dwie kategorie - filmowa i niezwykłe śpiewające kobiety, bo chodzi tu przecież i o Grace Jones - modelkę, aktorkę, piosenkarkę o androgynicznej urodzie, osobę nad wyraz ekscentryczną. Jak dla mnie głosu to ona nie ma rewelacyjnego, ale osobą jest oryginalną i dlatego należy się chapeaux bas. Rozśmieszyła mnie za to informacja znaleziona w Wikipedii, iż Grace Jones jest "królową gejowskiego disco".
To dorzucam jeszcze tę dziwaczną Grace...

niedziela, 09 marca 2008
Lisbon story
"Lisbon story" Wima Wendersa z 1994 roku to jeden z filmów, do których chętnie wracam i jeden z tych, którym zawdzięczam długi łańcuszek kolejnych fascynacji. Nakręcony w 5 tygodni, z prostą fabułą, będącą właściwie tylko tłem dla zdjęć niezwykłego miasta, film Wendersa ma swoją magię, swoje smaczki, swój leniwy bieg. I subtelny humor.
Z tego filmu wzięłam sobie zainteresowanie Portugalią i muzyką fado i stąd kilka płyt zespołu Madredeus w moim domu. Nie słucham go często, bo głos Teresy Salgueiro, świdrujący, wysoki, przejrzysty - nie zawsze pasuje do mojego nastroju. To jest muzyka, dla której trzeba mieć serce i czas.

1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10