wtorek, 25 sierpnia 2009
Do kubka z wierszami
Rabindranath Tagore, Ostatnie pieśni (40)

Jeśli nie odpowiadają na twoje wezwanie, idź sam,
Jeśli boją się i trwają skuleni twarzą do ściany,
O! nieszczęsny,
Miej umysł otwarty i mów to sam.

Jeśli precz się odwrócą i zostawią cię samego, 
Gdy idziecie przez puszczę,
O! nieszczęsny,
Krusz ciernie pod stopą
I po krwią znaczonym szlaku idź sam.

Jeśli w górę nie podniosą światła, 
Gdy noc jest burzą zmącona,
O! nieszczęsny,
Zapal piorunowym bólu płomieniem własne serce,
I niech płonie samotne.

/tłum. Robert Stiller/
wtorek, 10 marca 2009
Czasami czytam...

Ania zapytała mnie, co czytałam, kiedy czasu dużo miałam - dwa razy po pięć godzin w pociągu relacji Wrocław-Warszawa i z powrotem. Ano czytałam... czytałam dwie zupełnie różne książki. W jedną stronę wzięłam sobie "Puste spojrzenie" portugalskiego pisarza Jose Luis Peixoto (według tego, co wiem o języku portugalskim, jego nazwisko będzie czytane mniej więcej tak: peiszotu ;)) Nie była to łatwa lektura, chociaż dosyć szybko dałam się wciągnąć w fabułę. Nie jest to jednak książka łatwa, bo jest po prostu smutna, na wskroś pesymistyczna i chyba żaden z wątków dobrze się w niej nie kończy.

Oto w niewielkiej portugalskiej wiosce, na granicy snu i jawy, żyje kilkoro dziwnych ludzi, których losy zostaną w jakiś sposób połączone. Są syjamscy bliźniacy zrośnięci małymi palcami rąk, jest ponad 70-letnia kucharka, która w swej starości powije pierwsze dziecko, jest małomówny Józef, który niewiele wie o swojej żonie, jest ślepa prostytutka, która oddaje się innym z biedy i "naznaczenia", jest kuternoga Rafał... Wszyscy oni zaznają przez chwilę szczęścia, ale zły Demiurg zakpi z każdego z nich, przemieniając chwile radości w ogrom cierpienia. Jak dla mnie to jest książka o tym, że nie można się przeciwstawić przeznaczeniu. I o tym, jak trudno jest się ludziom porozumieć, jak wiele zależy od tego, co myślą/mówią inni. Wszystko jest podane w formie przypominającej magiczny realizm. Jest tam coś z nastroju portugalskiego fado... Smutek i nostalgia. Tęsknota za szczęściem. Myślę, że w oryginale książka lepiej "brzmi", ale już nie mnie to oceniać. Mogę polecić, ale lojalnie ostrzegam: można się nią nieźle zdołować.

Drugą książkę pożyczyłam od Pauli... "Porwanie Jane E." Jaspera FForde'a to kryminał z elementami political fiction. Uwielbiam książki o książkach i ta idealnie wpasowała się w moje pasje. FForde opowiada o świecie, w którym książki są traktowane jak dzieła sztuki. Są tak cenne, że złodzieje wykradają oryginalne wydania, żeby wyłudzić okup albo... zmienić na zawsze fabułę. Jeden z naukowców odkrył portal pozwalający na przenoszenie się do świata fikcji. Chce to wykorzystać zły charakter Archer, by "wyciągać" z klasyki niektóre postacie literackie, zabijać je, a tym samym zmieniać raz na zawsze treść uwielbianych przez społeczeństwo książek. Walczy z nim Thursday Next, agentka ds. Operacji Specjalnych. To już jest łatwe i przyjemne, a jednocześnie wychodzące ponad literaturę popularną. Jak dla mnie - prawdziwa uczta.

sobota, 27 grudnia 2008
Czytam i wracam
"...Tak jakbym pisał, a każda smuga wydobywająca się z długopisu na kartkę wypełniała ją pleśnią, a każda odłożona kartka, pokryta moim pismem, pękała, żółkła i zwijała się niczym stary liść. Ja zaś pisałbym coraz szybciej, tak aby katasftrofa i nieszczęście, postępujące tuż-tuż, mnie nie dosięgły.
(...)
...Tak jakby mosty zapadały się po moim przejściu.
...Tak jakby gwiazdy wybuchały po moim zaśnięciu.
...Tak jakby nasza pamięć była grobowcem.
...Tak jakby nasz umysł był rachitycznym dzwonem."
/Mircea Cartarescu, Ada-Kaleh, Ada-Kaleh, w: "Znikająca Europa", pod red. Kathariny Raabe i Moniki Sznajderman, Czarne, Wołowiec 2006/

Po "Fado" Stasiuka przyszła fascynacja miejscami, które powoli niszczy czas, pozwalając rozpuścić się w pamięci świadków. To taka nostalgia nie tyle za reliktami minionej epoki, ale za życiem, jakim te miejsca były kiedyś wypełnione. W mojej pamięci jest kilka takich starych kin, sklepów czy po prostu miejskich przestrzeni, które już dawno nie istnieją, a ich miejsce zajmują nowe - zwykle bardziej kolorowe, o innym przeznaczeniu. To nawet nie chodzi o żal za tym, co było, ale o sam proces przemijania, trwania w pamięci i nieuchronnego znikania.
Czytam "Znikającą Europę" chyba od kilku już miesięcy, ach tak, kupiłam ją przecież na dzień czy dwa dni "przed"..., 12 czy 13 sierpnia. Na lekturę tego zbioru esejów poświęconych miejscom i ludziom odchodzącym w niepamięć muszę mieć dobry, spokojny czas. Dawno takiego nie miałam. Ale nie przeszkadza mi specjalnie to, że ta książka snuje się leniwie w mojej czytelniczej świadomości. 
piątek, 24 października 2008
Patrz w serce...
Mam taki notes, gdzie przez lata nauki w liceum zapisywałam niemal wszystkie zdarzenia kulturalne, w których brałam udział, oczywiście jako odbiorca. Są tam tytuły filmów, sztuk teatralnych i wystaw, daty i miejsca, zero komentarzy. Zbiór jest może niezbyt imponujący, ale mój własny, przywołujący cień tamtych wzruszeń, wskrzeszający wspomnienia. Piękne wspomnienia.
Do teatru chodziłam wtedy namiętnie, przedkładając sztukę, której patronuje Melpomena, nad inne sztuki. Przy jednym tytule widnieje pięć dat: 09.12.94, 28.01.95, 11.02.95, 09.05.95 i 22.09.95. Na "Kasi z Heilbronnu" Heinricha von Kleista w reżyserii Jerzego Jarockiego byłam pięć razy... PIĘĆ!
Pierwsza z tych dat to była bodajże tzw. "druga premiera" tego spektaklu i zarazem inauguracja Sceny na Świebodzkim - zastępczej sceny podczas remontu głównego budynku teatru, który ucierpiał w pożarze. Scena na Świebodzkim to miejsce niezwykłe, magiczne, bowiem na teatr zaadaptowano pomieszczenia dawnego dworca kolejowego. "Kasia z Heilbronnu" zaczynała się sceną przyjazdu pociągu - prawdziwego pociągu, który był dobrze widoczny, wręcz namacalny - zza filarów dawnego wyjścia na peron. Scenę zaprojektowano w kształcie litery T, widownia została podzielona na dwa skupiska rzędów po dwóch stronach sceny. Takie miejsce daje nowe możliwości, inspiruje, ożywia... Tak było właśnie wtedy...
Sam spektakl w treści prawdziwie romantyczny. Heinrich von Kleist był bowiem pisarzem, poetą i dramaturgiem niemieckim epoki romantyzmu. Goethe, chyba z zazdrości i obawy przed "detronizacją", bardzo krytykował Kleista, m.in. właśnie za "Kasię..." A jest to sztuka przypominająca po prostu Mickiewiczowe "Miej serce i patrz w serce", które to przesłanie często staje się przewodnią ideą nastolatek o nieco pensjonarskich zapędach :D Hmmm... do dziś racjonalizm walczy we mnie z uczuciowością i ogólnie całą sferą emocji. Sam Kleist miał biografię iście romantyczną - kariera urzędnicza, (nie)szczęśliwa miłość i samobójstwo popełnione wraz ze swoją ukochaną, nieuleczalnie chorą Henriettą Vogel (ale nie z powodów "życiowych", tylko filozoficznych).
"Kasia..." to historia prostej dziewczyny, która zakochuje się w hrabim Fryderyku vom Strahl i od tej pory chodzi za nim jak cień. Ten początkowo odrzuca dziewczynę, traktując ją jako obłąkaną, nie rozumiejąc, że to właśnie ona może być przeznaczoną mu córką cesarza... Ot, taka historia miłosna w romantycznym wieńcu wydarzeń nadprzyrodzonych, które tylko serce jest w stanie zrozumieć (toż to jakiś oksymoron mi wyszedł!).
Mój "ulubiony" spektakl miał bardzo dobre recenzje i został uznany za jedno z najlepszych przedstawień w reżyserii Jerzego Jarockiego, wystawianych na scenie Teatru Polskiego. Role główne grali w nim Kinga Preis, dla której "Kasia..." stała się przepustką do ogólnopolskiej kariery (mnie jej interpretacja na kolana nie powaliła, aczkolwiek uważam, że poradziła sobie z nią bardzo przywoicie), oraz Mariusz Bonaszewski (gościnnie), który był poniekąd powodem moich powrotów do teatru, uwieńczonych upolowanym autografem.
W sieci nie ma zbyt wielu informacji o tym spektaklu, nie znalazłam też ani jednego zdjęcia z tej inscenizacji. W 1995 roku "Kasia..." została wyemitowana w Teatrze Telewizji, ale dużo straciła na ekranizacji. To już nie była ta sama magia - magia niezwykłego miejsca, które zaczarowało mnie przestrzenią, akustyką, zapachem i jeszcze czymś zupełnie niemożliwym do opisania.
Nieco później, mniej więcej w połowie studiów, teatr przestał mnie tak bardzo fascynować, przerzuciłam się na kino. Ostatnią sztuką, która wbiła mnie w fotel, byli chyba "Oczyszczeni" Sary Kane w reżyserii Warlikowskiego. Ale do teatralnych wzruszeń nierzadko bardzo, bardzo tęsknię.
piątek, 03 października 2008
Nie do końca o Sylvii
Dopiero niedawno oglądnęłam film "Sylvia" w reżyserii Christine Jeffs z 2003 roku. Nie jest to bynajmniej film wybitny ani żaden z tych, które mogłabym ze szczerym serem polecić, jednak skłonił mnie do pewnych refleksji nad życiem i twórczością Sylvii Plath.
Nie przepadam może najbardziej za poezją konfesyjną, skłaniam się bardziej ku poetyckim obrazom w typie impresjonistycznym czy symbolicznym i z tego względu Plath nie jest raczej moją idolką. Tym niemniej jej twórczość może być ciekawa ze względu chociażby na stany psychiczne, które opisuje. Po oglądnięciu filmu zastanawiałam się, co mogą teraz robić jej dzieci, osierocone przez matkę we wczesnym dzieciństwie, wychowywane później przez ojca Teda Hughesa. W chwili śmierci matki Frieda miała 3 lata, Nicholas - około roku. 
Internet daje niesamowite możliwości wyszukania informacji w kilka sekund. I oto mam: Frieda jest poetką i malarką, autorką głównie książek dla dzieci. Literacko trudno mi ją ocenić, malarsko powiem tyle, że dosyć ciekawe. Nie mogłam natomiast znaleźć nic na temat Nicholasa, chociaż pierwsza strona, na jaką trafiłam, dała mi na krótko pewność, że to o niego chodzi. Jest bowiem taki fotograf, Nicholas Hughes, którego zdjęcia, jak dla mnie, bardzo pasują do twórczości Sylvii Plath. Jednak na jego stronie w CV widnieje data urodzenia: 1963, podczas gdy syn Plath i Hughesa urodził się rok wcześniej. Nie wiem, może to jednak chodzi o tego Nicholasa? Może ta zmyłka jest celowa? W każdym razie zerknijcie, proszę, na jego zdjęcia - mroczne i tajemnicze, pokazujące rozmaite faktury, obrazy płaszczyzn (np. powierzchni morza), rozchodzącego się światła, studia ostrości i głębi. A do tego kontemplacja kolorów i ich odcieni: szarości, ciemnej zieleni, granatu, bieli... Najlepiej oglądać je wieczorem, przy zgaszonym świetle.

Czy nie mają one czegoś z tych fragmentów wierszy Sylvii Plath?

"Teraz jestem
pianą pszenicy, rozbłyskiem mórz..."
/Ariel/

"Na bibularzu mgły drzewa
Wyglądają jak botaniczny rysunek..."
/Zimowe drzewa/

"Zimne światy trzęsą się od wiosłowania.
Duch czerni jest w nas, jest w rybach."
/Przekraczając wodę/

"Księżyc kładzie dłoń na mym czole,
Blady i niemy jak piastunka."
/Godziny nad ranem/


Tak... nadal smutno, bo jeszcze smęcenia mi trzeba.
czwartek, 05 czerwca 2008
Verlaine

Czy dziś się jeszcze czyta Verlaine'a? Z racji moich studiów "dla przyjemności" mam sentyment do tego, co z kulturą francuską się wiąże. To, co kiedyś było może i obowiązkiem, teraz jest miłym wspomnieniem. Moja praca z teorii literatury dotyczyła właśnie tego wiersza... Chociaż w oryginale brzmi lepiej - po prostu trudno przełożyć ten utwór, który nawiązuje zarówno do malarstwa (XVIII-wiecznego, nurt sentymentalny, coś jak Watteau), jak i do muzyki tego okresu. Zresztą poezja Verlaine'a jest bardzo melodyjna. Chciałam ten wiersz po prostu mieć w moim Lesie ;)


Światło księżyca

Dusza twa jest jak pejzaż wyszukany,
Gdzie wdzięcznych masek krążą roje płoche
I bergamasek tłum w pląsy porwany;
Wszyscy w przebraniach, jakby smutni trochę.

Sławią miękkimi piosnki swej tonami
Zwycięską miłość i żywot swobodny,
Lecz w szczęście swe nie wierzą, zda się, sami!
Bukiety nut w księżyca blask łagodny

Wplata noc pełna smutku i urody,
W koronach drzew ptaszęce budząc chóry
I w spazm zachwytu zmieniając plusk wody,
Rozbryzgi fontann chłoszczących marmury.

przełożył Roman Kołoniecki





Paul Verlaine i Arthur Rimbaud, detal z obrazu Henri Fantin-Latoura, Un coin de table, 1872

I jeszcze w oryginale...

Clair de lune

Votre âme est un paysage choisi
Que vont charmant masques et bergamasques
Jouant du luth et dansant et quasi
Tristes sous leurs déguisements fantasques.

Tout en chantant sur le mode mineur
L'amour vainqueur et la vie opportune
Ils n'ont pas l'air de croire à leur bonheur
Et leur chanson se mêle au clair de lune,

Au calme clair de lune triste et beau,
Qui fait rêver les oiseaux dans les arbres
Et sangloter d'extase les jets d'eau,
Les grands jets d'eau sveltes parmi les marbres.

sobota, 05 kwietnia 2008
A może tak Rilke...
Wracając do nurtu literackiego na moich blogowych wypocinach, przywołuję dziś Rainera Marię Rilkego. Jak to z fascynacjami bywa - powraca się do wytworów, ale nic się nie wie o ich twórcach, tak więc wyszperałam sobie, że:
- Rilke urodził się w 1875 roku w austrowęgierskiej wtedy Pradze, zmarł w 1926 roku w Szwajcarii
- był jedynakiem i miał niezbyt szczęśliwe dzieciństwo, gdyż jego ojciec chciał w nim realizować własne niespełnione ambicje wbrew woli syna, natomiast matka, bolejąc nad stratą pierwszego dziecka - dziewczynki - koniecznie chciała z Rainera dziewczynkę zrobić, ubierając go w sukienki i traktując go w sposób przedmiotowy jak żywą lalkę
- opuścił swoją żonę i córkę
- zmarł na białaczkę
Stwierdzam, że mam chyba jakieś upodobanie do literatury przełomu XIX i XX wieku, a zwłaszcza ówczesnych symbolistów i preegzystencjalistów. Rilke przypomina mi z jednej strony mojego ulubionego Leśmiana, a z drugiej - Arthura Rimbaud.

Nie czytam go zbyt często. Kiedyś dostałam w liście taki wiersz (a nie był to list miłosny):

***
Zgaś moje oczy: ja cię widzieć mogę,
zamknij mi uszy, a ja cię usłyszę,
nawet bez nóg znajdę do ciebie drogę,
i bez ust nawet zaklnę cię najciszej.
Ramiona odrąb mi, ja cię obejmę
sercem mym, które będzie twym ramieniem,
serce zatrzymaj, będzie tętnił mózg,
a jeśli w mózg mój rzucisz swe płomienie,
ja ciebie na krwi mojej będę niósł.

Innym razem z kolei spodobał mi się wiersz Rilkego śpiewany przez Ewę Demarczyk - udało mi się jej posłuchać kilka lat temu na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej:

Samotność

Samotność jest jak deszcz.
Z morza powstaje, aby spotkać zmierzch;
z równin niezmiernie szerokich, dalekich,
w rozległe niebo nieustannie wrasta.
Dopiero z nieba opada na miasta.

Mży nieuchwytnie w godzinach przedświtu,
kiedy ulice biegną witać ranek,
i kiedy ciała, nie znalazłszy nic,
od siebie odsuwają się rozczarowane;
i kiedy ludzie, co się nienawidzą,
spać muszą razem - bardziej jeszcze sami:

samotność płynie całymi rzekami.

Smutne - tak, smutne. Ten smutek gdzieś we mnie siedzi od dawna - dziwne mam upodobanie. Ale mimo to potrafię cieszyć się... życiem. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Bohater dzisiejszej notatki:


środa, 26 marca 2008
Agnieszka Osiecka (1936-1997)
Szkoda, że Jej już nie ma, już ponad 10 lat...
Dama polskiej piosenki. Wielka Poetka.
Żyje w piosenkach. Pięknych piosenkach.




Jeszcze jedna z ostatnich piosenek Osieckiej, napisana na początku 1997 roku, niedługo przed śmiercią. Tekst jest świetny, więc ku pamięci notuję:

DEUX EX MACHINA
Daj mi Panie rozpoznanie, 
żebym wiedział co jest co, 
czy mam wszystko mówić mamie, 
czy zachować to i to. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
kim ja jestem, kim ach kim, 
czy mam zostać leśnym drwalem, 
czy z wojskami zdobyć Rzym. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
czy ja z dobrych, czy ze złych, 
czy to twoje jest rozdanie, 
czy mam karty w rękach swych. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
czy mam oddać się na złom, 
czy dostawszy tęgie lanie, 
jeszcze nie pchać się pod prąd. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
czy szaleństwo jest tuż, tuż, 
czy to tyś miał Panie w planie, 
żeby nie żałować róż. 

To i to, ten i ta, deus ex machina. 
To i to, ten i ta, deus ex machina. 

Daj mi Panie rozpoznanie, 
czy zaryczy ranny łoś, 
kiedy przyjdzie już konanie,
czy zapali światło ktoś. 

To i to, szyk i bzik, rapete, papete... pstryk.

poniedziałek, 25 lutego 2008
Leśmian
Bolesław Leśmian tak naprawdę miał na nazwisko Lesman. A literacki-poetycki pseudonim wymyślił mu jego kuzyn - Jan Brzechwa. Bardzo pasuje do jego wierszy. Nie ma co się rozpisywać - Leśmian to jest klasyka. I znów - poeta innego świata, świata istot dziwnych, kalekich, brzydkich, ale pragnących miłości i czułości. Bardzo plastyczna ta jego poezja...

***
Wyszło z boru ślepawe, zjesieniałe zmrocze,

Spłodzone samo przez się w sennej bezzadumie.
Nieoswojone z niebem patrzy w podobłocze
I węszy świat, którego nie zna, nie rozumie.

Swym cielskiem kostropatym kąpie się w kałuży,
Co nęci, jak ożywczych jadow pełna misa,
Czołgliwymi mackami krew z kwiatów wysysa
I ciekliną swych mętow po ziemi się smuży.

Zwierzę, co trwać nie zdoła zbyt długo na świecie,
Bo wszystko wokół tchnieniem zatruwa i gasi,
Lecz gdy ty białą dłonią głaszczesz je po grzbiecie,
Ono, mrucząc, do stóp twych korzy się i łasi.

"Zjesieniałe zmrocze", "podobłocze", "cieklina"... mistrz neologizmów!
Niech będzie jeszcze rozkosz malinowego chruśniaka, który istniał naprawdę. I ja w takim byłam, ale w innym celu niż tych dwoje ;)

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym oka mgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie - oddałaś w skupieniu,
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.


środa, 20 lutego 2008
Reporter
Nie reporter, lecz Reporter. Być może trochę przereklamowany, bo przecież nie wszystkim musi się podobać jego pisarstwo, jego sposób na reportaż.
Dla mnie był kimś ważnym. I cieszę się, że mogłam go spotkać (i to nie raz), zobaczyć na żywo, zadać pytanie, uścisnąć jego dłoń, poprosić o wpis w książce - takie chwile to prawdziwe perełki wspomnień. Lubię w nim to, że potrafił się pochylić nad człowiekiem. Jego pokora i miłość bliźniego są godne naśladowania. I jeszcze ten błysk w oku, zdradzający umysł chłonny i żywy oraz nieustanną ciekawość świata.
Z ogromnym smutkiem, z niedowierzaniem, przyjęłam wiadomość o jego śmierci. To już ponad rok.


"Moja praca to powołanie, to misja. Nie poddałbym się (tym) niebezpieczeństwom, gdybym nie czuł, że jest to coś niezwykle ważnego, że dotyczy historii, nas samych - tak, że czułem się zmuszony przez to przejść. To więcej niż dziennikarstwo."
/Autoportret reportera, Wydawnictwo Znak, 2003, s. 20/
 
1 , 2