sobota, 18 kwietnia 2009
Ciepło-zimno

Na świeżo zanotować chcę to, co mi w duszy i w uszach gra ostatnio. Emiliana Torrini. Już ją słyszałam gdzieś, kiedyś, wydaje mi się, że na jakimś blogu oglądałam teledysk, który i tu na końcu zamieszczę. Od kilku tygodni w radiu energiczna piosenka "Jungle Drums" leci, ale, jak się okazało, złudna jest, bo Emiliana jest z natury łagodna i subtelna. Pół-Włoszka, pół-Islandka, pod koniec zeszłego roku wydała swoją trzecią płytę - "Me and Armini", która zbiera bardzo dobre recenzje. Słucham jej sobie po kawałku na YouTube i podoba mi się, ale podobają mi się też jej piosenki z poprzednich płyt, np. "Heartstopper", "To be free", "Sunny Road" czy "The Boy who giggled so sweet".

W jej głosie coś znajomego jest. Porównuje się ją do Bjork i jest w tym coś, chociaż to chyba kwestia barwy głosu przede wszystkim. Może jest w niej coś również z Sinead O'Connor? Ach, jest jeszcze coś. Śpiewała piosenkę o Gollumie we "Władcy Pierścieni". Do posłuchania dla siebie i dla wytrwałych trzy utwory wrzucam: po pierwsze ten, co w radiu leci często, po drugie ten, co teledysk ma niezwykły, po trzecie ten, co kiedyś moją uwagę przykuł na innym blogu.

wtorek, 18 listopada 2008
Overpowered: nomen omen
Kiedy 6 czerwca tego roku pisałam, że chętnie bym się wybrała na koncert Roisin Murphy, nie przypuszczałam, iż może się to w ogóle kiedyś udać. Marzenia się czasem spełniają, bo dzięki najbliższej mi osobie pojechałam na jeden z ostatnich koncertów promujących płytę "Overpowered". Roisin niedługo zamyka bowiem trasę koncertową. Był to jej czwarty występ w tym roku w Polsce, a mimo to bilety rozeszły się bardzo szybko i trzeba było zmienić miejsce koncertu na większą od Klubu Stodoła Halę Ursynów. 
Nie powiem, że uwielbiam Roisin i że mam jej wszystkie płyty, bo wcale nie ;) ale uważam ją za piosenkarkę o wielkiej charyzmie i za ciekawą osobowość sceniczną. Nie wiem, czego się spodziewałam po koncercie, ale chyba nie tego, że będzie aż tak... widowiskowy. Roisin dała z siebie wszystko, dosłownie szalała na scenie - po prostu świetnie się bawiła. Doskonale było widać, jak łączy w sobie sprzeczności: jest subtelna i delikatna, a jednocześnie drapieżna i psychodeliczna. Sceniczne zwierzę, wulkan energii, pomysłowa, dziwna, zaskakująca... Jej muzyka na koncercie miała o wiele bardziej ostre, elektroniczne brzmienie niż na płytach. Taki był chociażby utwór "Overpowered" - czysta psychodelia. A z repertuaru Moloko warto wspomnieć choćby "I can't help myself", czyli taniec w objęciach dwóch wypchanych manekinów. I bonusowy cover "Slave to love", czyli ukłon w stronę Bryana Ferry'ego. Chapeaux bas!

Tu Roisin w bardzo łagodnej wersji z utworem "Primitive", na siłę szukałam czegoś z koncertu, ale amatorskie nagrania na YouTube są kiepskie w jakości.

 
czwartek, 09 października 2008
Nocny motyl
Tak się mnie czepiło i nie chce odpuścić. Nic a nic... To taka piosenka, która potrafi wrócić - po tygodniach, miesiącach, pewnie i po latach. Potrafię jej słuchać w kółko, po kilka-kilkanaście razy, jak mantrę, pozwalam się jej nieść w dalekie miejsca. I kiedy wczoraj znalazłam jej teledysk, byłam mile zaskoczona, bo bardzo mi do tej muzyki pasuje. 
Kiedy usłyszałam "All that is thirst" Pati Yang po raz pierwszy, byłam pewna, że śpiewa wokalistka zagraniczna. Wcześniej tylko obiła mi się o uszy - gdzieś w audycjach Kaczkowskiego czy Szydłowskiej, od tamtej chwili stała się prawdziwa - chociaż ulotna i krucha... jak ćma.


piątek, 06 czerwca 2008
Roisin
Gdybym mogła pojechać na tegoroczny Opener... na pewno poszłabym na koncert Roisin Murphy. Nie mam jej solowej płyty, ale te wcześniejsze, nagrane pod szyldem Moloko - bardzo lubię.
Do dwóch dziś liczę...

The time is now:



Familiar Feeling:


piątek, 16 maja 2008
Słowo o obłokach
Miało być tak: zostawiam teledysk i zmykam. Już dawno chciałam pokazać "Cloudbusting" Kate Bush z udziałem Donalda Sutherlanda. Wpisałam sobie tytuł piosenki w google i się zaczęło...

But every time it rains,

You're here in my head,
Like the sun coming out--
Ooh, I just know that something good is going to happen.
And I don't know when,
But just saying it could even make it happen.

Bo "Cloudbusting" opowiada o prawdziwej historii i prawdziwych ludziach. To, co dla mnie było przyjemną historyjką o ojcu i synu i dziwnej maszynie w magiczny sposób działającej na chmury, okazało się prawdą. Postać grana przez Sutherlanda to Wilhelm Reich, austriacki psychiatra, seksuolog, naukowiec i wynalazca, współpracownik Zygmunta Freuda. Jego teorie, głównie dotyczące życiowej energii, którą nazwał orgonem, oraz sposobów wpływania na pogodę, były dosyć kontrowersyjne, podobnie jak jego wynalazek, "cloudbuster" (coś jak generator chmur chyba?). A propos, taki cloudbuster można zrobić samemu i na YouTube można znaleźć o tym filmy instruktażowe.
Klip opowiada o szczególnej relacji ojca i syna (Kate Bush gra go znakomicie), opisanej przez Petera Reicha w książce "Book of dreams". Pokazuje chwile z ostatnich lat życia niezwykłego wynalazcy, który w latach 40-tych XX wieku osiadł w USA, gdzie założył swoje laboratorium. W latach 50-tych oskarżono go o prowadzenie nielegalnych badań, a ponieważ mimo nałożonego zakazu ich kontynuacji, Reich wytrwale pracował, skazano go na 2 lata więzienia. Tam też zmarł na atak serca.
W Rangeley, w stanie Maine, w budynku laboratorium istnieje muzeum Wilhelma Reicha.

Piosenka Kate Bush "Cloudbusting" pochodzi z albumu "Hounds of love" z 1985 roku. Nie był to wielki przebój - najwyższa jego pozycja to 11 na holenderskiej liście przebojów. Bardzo lubię ten utwór, bo jest w nim taka pozytywna energia, a ja właśnie potrzebuję kopa. A oto i teledysk wyreżyserowany przez Juliana Doyle'a, z pomocą Terry'ego Gilliama. Na pewno w pierwszej dziesiątce moich ulubionych teledysków.


czwartek, 08 maja 2008
Look my eyes are just holograms
Muzycznie dziś chciałam. Z czeluści czasu piękną piosenkę wygrzebałam. Czasami słyszę ją jeszcze gdzieś w radiu, a dzisiaj wrzuciałam sobie do odtwarzacza "The best of" Tanity Tikaram. Najlepsze płyty nagrywała w latach 1988-1995, ostatnia jej płyta pochodzi z 2005 roku, ale nawet jej nie słyszałam. Najchętniej powracam do tej "starej" Tanity. Ma bardzo oryginalny, niski głos, który ma tę właściwość, że najlepiej brzmi w smutnych piosenkach. Takie jest "Twist in my sobriety", z piękną linią melodyczną.


Teledysk był nakręcony w boliwijskiej wiosce. Był ponoć wiele razy nagradzany. A piosenka ma już 20 lat. Kto by pomyślał...
środa, 02 kwietnia 2008
Helen Folasade Adu
Helen Folasade Adu to po prostu Sade. Kiedy szukałam w sieci informacji o niej, ze zdziwieniem odkryłam, że ma już prawie 50 lat. Zupełnie nie wygląda na tyle. Oto jej zdjęcie sprzed siedmiu lat, koncert w Atlancie:


http://www.rickmcgrath.com/sade/index.html

Urodziła się w Nigerii z ojca Nigeryjczyka i matki Angielki.
Jej głos jest... niski (kontralt), głęboki, miękki i smutny. I ma to "coś", czego nigdy nie potrafię określić, a jest w tym jakiś rodzaj magii.
Lubię "każdą Sade", bo też i jej muzyka tak bardzo się nie zmienia wraz z upływem czasu. Od jej pierwszego przeboju, Smooth operator, po piękne ballady z Lovers Rock. Szkoda, że tak rzadko nagrywa. Szkoda, że mało koncertuje.
Jakiś czas temu przeszukując zasoby YouTube znalazłam teledysk do piosenki z 1992 roku, No Ordinary Love. To jeden z tych teledysków, które się zapamiętuje - a przynajmniej we mnie pozostał, mimo upływu lat. Miałam go gdzieś na kasecie wideo, nagranego z poranków MTV puszczanych w tv publicznej albo z czasów "WzROCKowej listy przebojów Marka Niedźwieckiego". Zapisałam sobie adres, ale teledysk już nie jest dostępny. Szkoda. Niech będzie za to King of Sorrow.


środa, 05 marca 2008
Mimo wszystko
Trochę dlatego, że niedawno dostała Fenomena od "Przekroju", a trochę z takiej prostej sympatii i uznania. Nie napiszę nic nowego o Kasi Nosowskiej, nic, czego inni by nie napisali - że nie ma w Polsce drugiej takiej "tekściary", że cały czas jest na uboczu, nie poddaje się żadnym modom, idzie pod prąd, pozostaje sobą, ma do siebie dystans i nie potrafi być gwiazdą.
Więcej nic. Mimo wszystko.


A wspomnieniowo to... W liceum najbardziej podobał nam się "Teksański", wydzieraliśmy się, śpiewając tę piosenkę przy akompaniamencie gitary pewnej Gośki. Nosowska ubezpiecza się w tym utworze: W moich słowach słoma czai się, nie znaczą nic. Jeśli szukasz sensu, prawdy w nich, zawiedziesz się. Ale tak naprawdę w jej piosenkach można znaleźć dużo sensu, oj dużo.
Dorzucam jeszcze [sic!], bo chodzi za mną.


czwartek, 28 lutego 2008
Macy razy dwa
Lubię, bo lubię. Nie wiem nawet, jak ten styl muzyki określić, wrzuciłam w google, mam: soul, R&B... Serio? No może... Kiedy myślę: Macy Gray, myślę też o innych: Erykah Badu, Ayo, Billie Holliday, Nina Simone.
Macy śpiewa w sposób bardzo charakterystyczny, ma chropowaty głos, ma coś, co nazwałabym powerem, ma dużo charyzmy. A do tego niesamowitą fryzurę i trójkę dzieci. Mam dwie jej płyty - za mało! Na YouTube wyszperałam dwa teledyski, oba są przesympatyczne.

1. Z płyty z 1999 roku, zatytułowanej "On how life is" - przebój "I try".



2. Z płyty "The Id" z 2001 roku - "Sweet Baby". W tym utworze w "backing vocals" występuje Erykah Badu, a na gitarze gra John Frusciante, znany z zespołu Red Hot Chili Peppers.



Miłego oglądania ;) I słuchania!
poniedziałek, 18 lutego 2008
Teardrop
Smęcić mi się chce dalej, tym razem w wersji "niezwykłe śpiewające kobiety". Słuchałam dzisiaj włoskiej stacji radiowej www.110.unito.it, gdzie akurat puszczali piękną pieśń, która jak dla mnie jest pieśnią ciszy. Jest to efekt współpracy zespołu Massive Attack ze słynną szkocką wokalistką Elizabeth Fraser (wcześniej przez długie, długie lata śpiewała w innym niezwykłym zespole - Cocteau Twins). Jak to zwykle z pięknymi piosenkami bywa, ma ona równie piękny teledysk (chociaż to kwestia gustu). Dzisiaj - do zasłuchania - Teardrop.


 
1 , 2