piątek, 14 sierpnia 2009
To już rok... ;(

Tak, myślę sobie tak, jak Ty, KasiuO... ;) Ta piosenka bardzo na dziś pasuje. Ale jak zaczęłam czytać słowa następnych "Lambów", pasowało mi ich coraz więcej... Lullaby, Little things, I cryGorecki nawet... Stwierdziłam więc, że poprzestanę tylko na tej najbardziej anielskiej. Cieszę się, że możesz ich dziś zobaczyć i posłuchać na żywo.

Miałam problemy z pokazaniem teledysku, ale udało się. Dla wszystkich, którzy noszą w sercu cząstkę Misi.


Lamb - Gabriel
Załadowane przez: Angkor - Klipy wideo, wywiady, koncerty i wiele więcej.

I can fly

But I want his wings
I can shine even in the darkness
But I crave the light that he brings
Revel in the songs that he sings
My angel Gabriel

I can love
But I need his heart
I am strong even on my own
But from him I never want to part
He's been there since the very start
My angel Gabriel
My angel Gabriel

Bless the day he came to be
Angel's wings carried him to me
Heavenly
I can fly
But I want his wings
I can shine even in the darkness
But I crave the light that he brings
Revel in the songs that he sings
My angel Gabriel
My angel Gabriel
My angel Gabriel

niedziela, 09 sierpnia 2009
Until the end of the world
Byliśmy z M. na koncercie U2. Matko, co to był za koncert! Największy, na jakim byłam (70 tys. ludzi), najbardziej profesjonalnie przygotowany, na jakim byłam, najbardziej porywający publiczność, na jakim byłam. A jednak...
Kiedy U2 koncertowało w Polsce po raz pierwszy, nie wiem, w 1996 czy 1997 roku, miałam już kupiony bilet. Gdy okazało się jednak, że zespół nie zagra na Śląsku, tylko w Warszawie, moja siostra ze szwagrem zrezygnowali, powiedzieli, że to za daleko, że im się nie chce tam jechać samochodem. Nie miałam z kim jechać. Z bólem serca oddałam bilet... Pojechać na koncert U2 to było przez lata moje marzenie. Jednak z roku na rok mój zachwyt nad irlandzkim zespołem słabł. Jak dla mnie po "Achtung Baby" mogłoby nie być już nic, dwóch ostatnich płyt nie mam i jakoś mnie do nich nie ciągnie. Na koncercie, pomimo zachwytu nad całą oprawą imprezy, nad jakością tego "show" (bo inaczej tego się nie da określić), pomimo tego, że momentami dałam się ponieść muzyce, swoich emocji sprzed lat do końca wskrzesić nie byłam w stanie. Pewnie gdybym była na płycie, byłoby lepiej, ale... połowy piosenek nie kojarzyłam, bo nowe. Na szczęście zagrali sporo przebojów z "The Joshua Tree", bodajże dwa z "The War", było też "Pride" z "Unforgattable Fire", było "One" z "Achtung Baby", było kilka utworów z "All that you can't leave behind". Zabrakło mi "Stay" (tę piosenkę śpiewali na innych koncertach z tej trasy), zabrakło innych utwórów z "Achtung Baby", którą bardzo lubię, no ale nie można mieć wszystkiego, prawda?
Magicznie też było... Nie lubię narodowych zrywów, ale flaga biało-czerwona zrobiła wrażenie. I "droga mleczna" ze świecących w ciemności wyświetlaczy telefonów komórkowych publiczności. I fragment "Rock the Casbah" The Clash wpleciony w nie pamiętam już jaki utwór. I "sto lat" śpiewane dla The Edge... 
Bono się postarzał, już głos trochę inny ma, ale to wciąż ten sam irlandzki facet, który potrafi porwać publiczność, a przy okazji przekazać swoje prawdy o świecie.
Lubię wiele ich piosenek i zawsze pozostanie we mnie sentyment do tego zespołu. I jakiegoś rodzaju szacunek, bo jednak osiągnęli tak wiele. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam być 6 sierpnia w Chorzowie. Nie żałuję ani chwili z tego niesamowitego koncertu.
Wypadałoby coś tu wrzucić... Filmiki z chorzowskiego koncertu już są na YouTube. Ale ja o czymś innym jednak. Bo lubię jeszcze to U2 filmowe, lubię słuchać ich piosenek w filmach, np. u Wendersa. Świetnie brzmieli w jego "The Million Dollar Hotel". I niech tak będzie... The ground beneath her feet...

środa, 20 maja 2009
Póki co
Coś by się na przeczekanie przydało... Bo ja jestem, proszę państwa, na zakręcie... życiowym znaczy się. Albo ja pokonam deprechę, albo ona mnie. 
No to lecimy...
Piosenka świetna jest. Teledysk świetny jest. Z humorem. A jednak... taki smutny. Bo o przemijaniu, jak zwykle. ;)))) Miłego słuchania.


piątek, 10 kwietnia 2009
Być jak...

Ponieważ w ciągu roku zwykle klimaty na moim blogu raczej depresyjne są, na święta pozwalam sobie na humor. Wszystkim odwiedzającym to miejsce życzę radosnych Świąt i pogody ducha, a wszystkim gospodyniom, które teraz siedzą w kuchni, przygotowując to i owo życzę, by były jak... Robert Makłowicz ;)

piątek, 03 kwietnia 2009
Kiedyś to się działo...

Niedługo kończy się tegoroczny Przegląd Piosenki Aktorskiej. Od kilku lat ta impreza jakoś mnie nie fascynuje i trudno mi znaleźć wśród propozycji organizatorów coś, na co bardzo chciałabym pójść. A kiedyś to się działo... najlepiej wspominam oczywiście koncert Nicka Cave'a na PPA w 1999 roku, ale bywały i inne: spektakl Krystyny Jandy "Kobieta zawiedziona", recital Ewy Demarczyk (elektryzujący), przedstawienie z piosenkami z płyty "Miasto mania" Marii Peszek (ta płyta była jeszcze w porządku, drugiej już nie trawię), raz miałam okazję być też na konkursie... Mam wrażenie, być może mylne, bo przecież moje życie bardzo się zmieniło od czasów "przed-dzieciowych", że teraz PPA nie takie już, jak bywało.

Żałuję jednego koncertu, na który nie udało mi się pójść, a który w głowie mi siedzi, chociaż nie mam go na żadnej płycie. Kiedyś miałam nagranie na kasecie video, ale wszystkie kasety już dawno wywieźliśmy do rodziców, bo za dużo miejsca zajmowały. Szkoda, tyle świetnych filmów i koncertów na nich było. Żałuję mianowicie spektaklu "Kombinat" z piosenkami Republiki. Było to przedstawienie w hołdzie Grzegorzowi Ciechowskiemu, którego doceniam coraz bardziej wraz z upływem lat i kiepską jakością "hitów" polskich "artystów". Co by nie mówić, Ciechowski wielu polskim piosenkarzom pisał znakomite piosenki i po jego śmierci poziom polskiej muzyki znacznie się obniżył. Pamiętam ten dzień, kiedy zmarł. Dwa dni przed Wigilią. Było mi strszliwie smutno, chociaż wcześniej zbyt często Republiki nie słuchałam. Raz byłam na ich koncercie na żywo, podczas Ekonomaliów, i raz, zupełnie przypadkowo, udało mi się wkręcić w Empiku po autografy.

A "Kombinat" w reżyserii Wojciecha Kościelniaka to majstersztyk. Cała oprawa przemyślana i dopracowana w najmniejszym elemencie. Wystarczy wspomnieć chociaż tylko o oryginalnych soczewkach, które miał każdy ze śpiewających aktorów - na zbliżeniach widać wyraźnie czarne krzyże. Treść przedstawienia dużo mówi o czasach Wielkiego Brata, dlatego dominuje wrażenie zniewolenia, depresji i samotności. No i jest trochę psychodelicznie, ale to psychodelia kontrolowana. Chciałabym pokazać piosenkę "Psy Pawłowa" w rewelacyjnym wykonaniu Kingi Preis i "Nieustanne tango" w interpretacji Jacka Bończyka, którego również bardzo cenię. Ale tak naprawdę cały spektakl jest w miarę równy i godny uwagi. W każdym razie mnie przechodzą ciarki, jak słyszę te piosenki.

wtorek, 24 lutego 2009
Z sentymentu do lat 80-tych

Coś mnie dziś natchnęło na lata 80-te. Była taka jedna francuska piosenka, absolutny hit epoki: "Voyage, voyage", którą śpiewała Claudie Fritsch-Mentrop, znana jako Desireless. Teledysk niby taki sobie, ale warto go obejrzeć głównie ze względu na image piosenkarki. Ta fryzura na szczotkę, to ubranie, makijaż - jest się czym zachwycać, zwłaszcza jak ktoś ma sentyment do lat 80-tych. Stwierdziłam nawet, że mogłabym się tak ubrać, np. na jakąś imprezę. Proszę mi tu nie krytykować samej Desireless za brak gustu - to była najprawdziwsza projektantka mody! Co najdziwniejsze: myślałam, że ona już nie nagrywa, a się pomyliłam! Nie dalej jak dwa lata temu ukazała się jej nowa płyta.

"Voyage, voyage" z 1986/87 roku:

poniedziałek, 09 lutego 2009
Ciesz się ciszą
Od dwóch tygodni mam mniej więcej tak: napiszę o Ukrainie... nie, o zdjęciach z World Press Photo..., a może lepiej o Chagallu albo Klimcie... nie, wrzucę cover Cohena w wykonaniu Antony'ego... Napisałabym, gdybym więcej czasu miała. A nie mam. Blog będzie hibernował do wiosny zapewne. Ale na czas hibernacji zostawiam, nie bez przekory, z przymrużeniem oka, piosenkę, którą tak po prostu lubię, mimo że oryginalnego wykonawcy (Depeche Mode) - niekoniecznie. Szukałam na YouTube teledysku z oryginalnym wykonaniem (na "tamte" czasy był świetny), ale znalazłam tylko jakieś okropne remiksy :( Wrzucam więc wykonanie mojej ulubionej Tori Amos. Oby do wiosny!




czwartek, 08 stycznia 2009
Winter
Potrzebuję jeszcze jednego kopa na ten początek roku, bo jak na razie, to... kiepsko to wszystko widzę. Niechcica, lenistwo i bezsensowne mrzonki (nie mylić z mrożonkami, chociaż aura jest odpowiednia). Najchętniej to bym pod kołdrę wlazła i nie wyszła aż do wiosny.
No to jeszcze raz muzycznie będzie, potem filmowo, obiecuję...
To jest taka piosenka, przy której zawsze przechodzą mnie ciarki, obojętnie który raz jej słucham. I chociaz nie potrafię śpiewać, zawsze muszę sobie ją nucić pod nosem razem z Tori. Słowa piękne i w sam raz dla mnie - o tym, jak ważne jest to, by polubić siebie i w siebie uwierzyć. No to lecimy, bo czas goni.
Tori Amos, Winter (coś jakby sprzed 17 lat...)


piątek, 02 stycznia 2009
Coś optymistycznego na początek roku
A może właśnie będzie tak?


środa, 24 grudnia 2008
Święta z przymrużeniem oka
Dwa razy okiem dziś mrugnę do moich czytelników, którzy już pewnie zrezygnowali nawet ze sprawdzania, czy aby czegoś nowego tu nie zamieszczę, ale co tam. Na święta wpis musi być. Przez przypadek znalazłam w sieci jednego rodzynka i jedną rodzynkę i wklejam ją czym prędzej, może jeszcze zdążycie posłuchać...

The Pogues and Kirsty MacColl - "Fairytale of New York"



A druga piosenka w jakimś stopniu oddaje to, co pomimo świąt czuję... I feel numb... (Nie przepadam za albumem "Zooropa", ale ten utwór jest w porządku).


 
1 , 2 , 3